EN
18.11.2021, 21:04 Wersja do druku

O pisarzu przerażonym

fot. Krzysztof Bieliński / mat. teatru

"Pułapka" Tadeusza Różewicza w reż. Wojciecha Urbańskiego w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Pisze Piotr Zaremba w "Polska Times".

Dzięki „Pułapce” w Dramatycznym może nie poznajemy wszystkich przyczyn, dla których Franz Kafka pogrążył się w swoich lękach. Ale zaglądamy w nie. Jest to podróż mało przyjemna, ale pobudzająca do większej wrażliwości.

„Pułapka” bywa przedstawiana jako jedna z najważniejszych sztuk Tadeusza Różewicza. Pochodzi z 1979 roku i wciąż bywa czasem wystawiana w teatrach. Ja ją zapamiętałem choćby z sugestywnej telewizyjnej inscenizacji jego brata Stanisława Różewicza z roku 1990.

Krytycy opisywali ją jako jedno z najważniejszych rozliczeń tego autora z XX wiekiem. Choć trochę jakby mimochodem następuje to rozliczenie, bo znaczna jej część to obrazki ilustrujące różne epizody z życia Franza Kafki – w konwencji normalnego realistycznego teatru psychologiczno-obyczajowego. Tak różnego od wielu innych dramatów autora operującego groteską, absurdem, metaforą, skrótem.

W pułapce człowieczeństwa
W ujęciu Różewicza Kafka jest z jednej strony ofiarą atmosfery w domu autokratycznego ojca-fabrykanta. Z drugiej, pisarzem cierpiącym z powodu niezrozumienia – nie tylko ów ojciec lekceważy jego wizjonerską pisaninę, ale i narzeczona Felice. Z trzeciej - człowiekiem pogrążonym w nieustającej depresji, niezdecydowanym, prześladowanym przez manie erotyczne, dręczącym w związku z tym innych, i to tych którzy go kochają: Felice, jej przyjaciółkę Gretę, także inne, niepokazane kobiety, wciągane w gry z permanentnymi zalecankami i oświadczynami. wreszcie wiernego przyjaciela Maxa. Z czwartej to człowiek chory fizycznie, suchotnik. Choć i ta choroba jawi się jako rodzaj gry ze światem. Do czasu, bo przecież zmarł w wieku 41 lat.

Nieustające zmiany w relacjach z bliskimi, pokazane na dokładkę nie całkiem chronologicznie, w związku z tym niosące ciągłe zaskoczenia, wypełniają większość tej inscenizacji. Reżyser Wojciech Urbański zdaje się pytać, tekstem tej sztuki, jaka jest cena płacona przez twórcę za samowiedzę. Nieustające rozedrganie, depresja?

Przy czym chodzi o wiedzę nie tylko o samym sobie. Franz raz jest ofiarą, raz krzywdzi innych (i mocno denerwuje nas, widzów). W tym sensie staje się everymanem, odwzorowaniem miary człowieczeństwa. Choć zarazem jest człowiekiem tak nietypowym, że pojawia się u nas pytanie: czy twórcy wolno wszystko? Ale brak tu wyroku, bo brak też pełnego obrazu.

Pozwala się nam zajrzeć w życie wizjonera, ale musimy się zadowolić wycinkami. Relacje z ojcem, to jedna okropna scena przy stole (w której Franz jawi się jako zahukany, obwiniany o wszystko nieszczęśnik) i garść lęków małego chłopca wrzuconych na ekran w tle. Ale jak było naprawdę? Może to jest także o tym, że nie da się owego „naprawdę” ustalić? Pozostaje poczucie podwójnej pułapki, sprowadzanej na człowieka przez historię i przez biologię.

Kto tu jest wizjonerem?
Urbański ścisnął mocno ten tekst. Wyrzucił część postaci. Przy rodzinnym stole zasiadają nie trzy siostry Franza, a jedna, najbardziej z nim związana Ottla. Pominął część scen. W efekcie po części zredukował wrażenie, że nad tym tekstem wisi coś jeszcze: niezależnie od życiowych komplikacji pisarza, mocne przeczucie nadciągającej katastrofy: Holocaustu. Choć Kafka zmarł w roku 1924.

Przez większą część tej inscenizacji nie pamiętamy wręcz o żydowskiej tożsamości austriackiego prawnika i prokurenta. Znika scena „U fryzjera”, którą zapamiętałem jako wstrząsające przeczucie kataklizmu. W tym ujęciu dopiero na końcu pojawia się ten wątek. I wywołuje go Ojciec, będący archetypem prozaicznego despoty. Tu jakby on okazuje się większym wizjonerem niż „pięknoduch Franz”. Ale oczywiście możemy tego tak nie czytać – cytowane wcześniej fragmenty „Procesu” przywołują przecież jeden z najbardziej przemożnych lęków samego Kafki-pisarza. Lęku przed irracjonalną przemocą ciemnych biurokratycznych sił.

Grane jest to jak teatr klasyczny, z drobnymi tylko skłonnościami do metafor wyrażanych ruchem scenicznym. Mamy na scenie mycie się wodą, jedzenie zupy i innych potraw – zupełnie tak samo poczynał sobie ten reżyser choćby w „Fataliście”, sztuce dyrektora Tadeusza Słobodzianka. Tam służyło to silniejszemu wyeksponowaniu tła obyczajowego, typowo żydowskiego. Tu biologiczne tło, fizyczność, jakby osacza straumatyzowanego Kafkę. Podobną rolę odgrywają sceny imitujące, bardzo symbolicznie, erotykę. Choć skądinąd nie dowiemy się nawet z tego tekstu, czy pisarz sypiał z narzeczoną. A z jej przyjaciółką? Podobno miał mieć z nią dziecko. Same zagadki.

Aktorzy w poszukiwaniu prawdy
Dekoracje Joanny Zemanek z wielkim łóżkiem po jednej stronie sceny, stołem – po drugiej, i z szafą w tle pilnującą tego rozchwianego ładu niczym posępny strażnik, to z kolei raczej świadoma, sugestywna karykatura „realizmu”. Pośród tych sprzętów poruszają się aktorzy. Na nich tu postawiono najbardziej, więc postanowiono ich nie przesłaniać inscenizacyjnymi sztuczkami – całkiem słusznie.
Ekspansywnemu biologicznemu Ojcu, wspaniale zagranemu przez Roberta Majewskiego, przeciwstawia się enigmatyczna, często milcząca kruchość Franza. Ale rola młodego Michała Klawitera jest rolą równorzędną, nawet jeśli prowadzoną na samych niemal półtonach i półcieniach. Zwłaszcza w dramatycznym, zaskakującym finale. To starcie dwóch archetypów postaw w świecie mieszczańskim i postmieszczańskim. Ale także wieczna gra uczuć: miłości, nienawiści, miłości połączonej z nienawiścią. Dla samego tego ich dwuosobowego koncertu warto iść na ten spektakl.

Reszta aktorów świetnie się do tego dostraja. Wiecznie szukająca pojednania Matka Marty Król też będzie miała swój dramatyczny moment prawdy, podobnie jak ciepła, pozornie tylko jednowymiarowa Ottla Karoliny Charkiewicz. Max, przyjaciel Franza, w wykonaniu Marcina Stępniaka, to postać pokazana po mistrzowsku, Aktor reaguje na każde zdanie innych postaci najmniejszym włóknem swojego organizmu. Ośmiesza Maxa i równocześnie go broni. Opowiada o nim, o jego relacjach z Franzem, nawet więcej niż jest w tekście.
Przemawiała do mnie i prawie komediowa, a przecież czym bliżej końca prawie tragiczna banalność zmysłowej Felice Lidii Pronobis. I gorzki cynizm skrzywdzonej przez Franza Grety w wykonaniu Anny Szymańczyk. Dla takiej ekipy warto wystawiać tak skomplikowane dramaty.

Zwrócę uwagę na to, że dominuje tu aktorska młodość, nawet jeśli największą uwagę skupia na sobie Majewski, aktor średniego pokolenia, którego nieraz chwaliłem. Klawiter znany mi już ze świetnych ról w Akademii to niezapomniany śpiewający Książę Kalaf z „Turandot” na tej scenie. Można mu, im wszystkim, tylko życzyć harmonijnej kontynuacji.

Co do wyborów reżyserskich Urbańskiego, jest w rezygnacji z mocniejszego „uholocaustowienia” tego tekstu jakiś szlachetny minimalizm. Jest ucieczka przed zbanalizowaniem tematu – nie z perspektywy roku 1979, ale dzisiejszej.

Tak się składa, że tydzień wcześniej oglądałem premierę „Zamku” Kafki w Teatrze Narodowym. Paweł Miśkiewicz przyrządził tę powieść całkiem przyzwoicie. „Pułapka” okazała się z kolei świetnym uzupełnieniem, komentarzem do tamtego przedstawienia. Może nie poznajemy wszystkich przyczyn, dla których pisarz pogrążył się w swoich lękach. Ale zaglądamy w nie. Jest to podróż mało przyjemna, ale pobudzająca do większej wrażliwości.

Tytuł oryginalny

O pisarzu przerażonym. „Pułapka” Różewicza w Teatrze Dramatycznym

Źródło:

Polska Times
Link do źródła

Autor:

Piotr Zaremba

Data:

18.11.2021