- Spotkanie z Krzysztofem Warlikowskim było dla mnie punktem zwrotnym. W pełni zaufałem jego wizji teatru. Choć czasem trudno mi podążać za jego wyobraźnią, idę ślepo. Myślę, że on czuje moje zaufanie i też mi ufa, skoro w "(A)pollonii" powierzył mi dwie godziny przedstawienia. A zaczęliśmy już pracę nad trzecim wspólnym spektaklem - mówi MACIEJ STUHR, aktor Nowego Teatru w Warszawie.
Pana ostatni film "Mistyfikacja" Jacka Koprowicza podzielił krytyków. Obok dobrych, ukazało się sporo recenzji miażdżących ten obraz. Czytał je pan? Maciej Stuhr: Czytałem, choć nieraz obiecywałem sobie, że nie będę tego robił. Scenariusz "Mistyfikacji" zafascynował mnie, chybabym dopłacił, żeby w tym filmie zagrać. Dzisiaj czuję się jak ojciec trzyletniego dziecka, które jest sympatyczne, ładnie się uśmiecha i właśnie stara się dostać do przedszkola, a komisja wyrokuje, że się nie nadaje. Przykro. Przyznaję, że mnie w tym filmie razi wszystko: postać zdziecinniałego Witkacego, pana bohater - esbek, który w bardzo krótkim czasie zrobił woltę od dysydenta do zaufanego funkcjonariusza, groteskowo pokazana sprawa Jerzego Zawieyskiego. Co pana tak w "Mistyfikacji" zachwyca? - Pocztówki od trupa, pusty grób, strzępy wspomnień o mężczyźnie, które roją się w mózgu chorej kobiety, wreszcie wizja wieszcza - skapcaniałego erotomana