16.01.2020, 09:47 Wersja do druku

Napój miłosny w sam raz na karnawał



Premiera w Operze Śląskiej. Sierżant jednostki spadochronowej kontra hotelowy boy-tak najkrócej można by zrecenzować inscenizację „Napoju miłosnego", którego premiera odbyła się w grudniu. To przykład jak można „odświeżyć" i uwspółcześnić klasykę bez „odlotów" i wpadania w wariactwo.

Rok temu grudniową premierą Opery Śląskiej była „Traviatta". W tym roku zdecydowano się na pozycję lżejszego kalibru - operę komiczną „Napój miłosny" Gaetanoo Dionizettiego. Fabuła jest nieszczególnie skomplikowana: prosty chłopak Nemorino szczerze kocha Adinę - piękną, acz nieco próżną dziewczynę. Ona odrzuca jego zaloty, a kiedy do miasteczka przybywała oddział żołnierzy - przyjmuje awanse i propozycję matrymonialną ich sierżanta. Zdesperowany chłopak próbuje ostatniej szansy - chce nabyć napój miłosny. Wędrowny hochsztapler doktor Dulcamara sprzedaje mu wino, wmawiając, że to właśnie jest eliksir miłości. Aby zdobyć pieniądze na drugą porcję, chłopak zaciąga się do wojska. Tymczasem umiera jego bogaty wuj, a Nemorino otrzymawszy spadek staje się bogaty. Wszystkie dziewczyny zaczynają się do niego zalecać. Nemorino nie wiedząc o spadku myśli, że to rezultat spożycia eliksiru, zaś Adina odkrywszy jak mocno ją kocha - ofiarowuje mu swoje serce.

Prapremiera opery komicznej Dionizettiego miała miejsce w 1832 roku. 190 lat później, przygotowując premierę w Operze Śląskiej reżyserka Katarzyna Sofulak postanowiła dzieło to „odświeżyć" i przenieść w bliższe nam czasy. Na szczęście nie zrobiła to na tzw. „rympał" - Adina nie ma fryzury w stylu punk, a Nemorino nie chodzi w glanach i z „ajfonem" w ręku. Przeniosła akcję w nieumiejscowiony w konkretnym miejscu i czasie klimat lat trzydziestych XX wieku. To pomysł na bytomskiej scenie już sprawdzony, dość przypomnieć inscenizację „Mocy przeznaczenia".

W „Napoju miłosnym" znów się udało. Akcja dzieje się w hotelu, Nemorino jest w nim boyem, zaś Adina menedżerką (lub właścicielką). Jej zalotnik sierżant Belcore przybywa jako dowódca oddziału spadochroniarzy, którzy na scenę dokonują desantu w sensie dosłownym i jest to jedna z ładniejszych scen przedstawienia. W rezultacie zamiast „ramotki" z pierwszej połowy XIX wieku otrzymaliśmy spektakl w inscenizacyjnym klimacie raczej „Księżniczki czardasza".

Muzycznie również „mucha nie siada". Andrzej Lampert, śpiewający partię Nemorino uważany jest przez niektórych melomanów za najlepszego obecnie tenora w Polsce i zapewne miejsca w najściślejszej czołówce nie sposób mu odmówić. Tym razem jednak, w tych akurat partiach większe wrażenie robią chyba Stanisław Kufluk jako sierżant Belcore oraz Adam Woźniak - doktor Dulcamara. Ta premiera to bez wątpienia popis głosów męskich, chociaż dobrze dotrzymują im towarzystwa sopranistki.

„Napój miłosny" to propozycja w sam raz na karnawał: opera komiczna, czyli trochę „luzu" i oddechu ze świetną muzyką i dobrą, pomysłową inscenizacją.      

 

Źródło:

Materiał własny
Życie Bytomskie nr 7

Autor:

Marcin Hałas