EN
01.02.2022, 15:50 Wersja do druku

Molier aktualny inaczej

"Don Juan" Moliera w reż. Piotra Kurzawy w Teatrze Polskim w  Warszawie. Pisze Piotr Zaremba w Polska Times.

fot. Marta Ankiersztejn

Możliwe, że kiedy kolejne teatry zmieniają się w laboratoria wykuwania nowego człowieka, na takim właśnie, solennym odczytywaniu myśli autora będzie już niedługo polegać awangarda.

- Trzeba mieć wiele odwagi żeby w dzisiejszych czasach wystawiać „Don Juana” Moliera w tak tradycyjnej konwencji – napisałem do dwójki aktorów, którzy zagrali w warszawskim Teatrze Polskim istotne role w tym spektaklu. Możliwe, że w czasach, kiedy kolejne teatry zmieniają się w laboratoria wykuwania nowego człowieka, na takim właśnie, solennym odczytywaniu myśli autora już niedługo będzie polegać awangarda, dodaję teraz.

Podjął się tego odważnego przedsięwzięcia młody reżyser Piotr Kurzawa. Zastanawiałem się idąc na to, co poza okrągłą, 400. rocznicą urodzin dramatopisarza popychało go do wystawienia tego tekstu zaledwie w pół roku po tym, kiedy w Ateneum zrobił to Mikołaj Grabowski. Ale przecież oglądaliśmy dwa kompletnie różne podejścia do tego dramatu. Chwilami ciężko było poznać, że to ta sama sztuka.

Jednak w dawnych kostiumach

Choć Kurzawa wcale nie zrezygnował z poczucia aktualności „Don Juana”, wystawionego po raz pierwszy w roku 1665. Tylko założył, że doprowadzi do niej publikę w inny sposób niż poprzez przebieranie aktorów we współczesne kostiumy i maniery sugerujące, że wszystko dzieje się tu i teraz. „Sądzę, że udało nam się sportretować Don Juana, który ma podobne problemy do współczesnych trzydziestolatków” – mówił o swojej premierze. Co ciekawe powiedział coś jeszcze: „Nieustanne pozostawanie w rzetelnym kontakcie z klasyką pomaga odnaleźć nadzieję na sensowność świata”.

No właśnie. I mniejsze znaczenie ma dla mnie fakt, że z niektórymi uwagami Kurzawy na temat wymowy sztuki nie całkiem się zgadzam. Czy Don Juan to istotnie człowiek, który odziera wszystkich pozostałych bohaterów z iluzji? Czy opisałbym pożytki z podważania przez niego prawd i dogmatów słowami reżysera?

Rzecz jednak w tym, że nie tnąc tego tekstu (w tłumaczeniu Bogdana Korzeniowskiego), pokazując go w całości wraz z wszystkimi kontekstami historycznymi, pozwolił mi po prostu na własne oceny, na samodzielny wybór interpretacji. Pamiętajmy, jak zauważył nieoceniony znawca Moliera Patryk Kencki, ten twórca rzadko kiedy bywał zero-jedynkowy. Jego opinii, tym bardziej morału, trzeba się domyślać. Wręcz każdy może go szukać na własną rękę.

No i jeszcze jedna, bezcenna uwaga Kurzawy na marginesie premiery: „Intryguje mnie próba opowiedzenia tej historii widzowi, który żyje w świecie uwolnionym z dogmatów – świecie, w którym utracono tradycyjną moralność, ale nie zyskano nowej". Tak, to ma sens.

Grabowski w Ateneum przenosząc akcję w zasadzie w bliżej niekreśloną współczesność, uczynił część fabuły mało spójną i czytelną. Znikł kontekst przewagi Don Juana jako wielkiego pana nad gorzej urodzonymi (przypominał o niej celnie ostatni tłumacz „Don Juana” Jerzy Radziwiłowicz w teatralnej audycji Jarosława Gajewskiego w Radiu Dla Ciebie). Znikło też w zasadzie może nie samo pojęcie „uwiedzenia”, ale jego złowrogie znaczenie.

W XVII wieku oznaczało to ciężkie skrzywdzenie kobiety. Dziś w zasadzie budzi wesołość. A przecież Don Juan naprawdę krzywdzi. Wręcz można by uderzyć w tego bohatera oskarżeniami z arsenału feminizmu. Ale inscenizacja z Ateneum traktuje go z pobłażliwą sympatią, bo jest wyzwolony z okowów religii, to zdaje się reżysera interesować najbardziej. Postaci, które go osądzają: jego ojciec Don Luis czy uwiedziona przez niego Donia Elwira, są pokazane groteskowo, więc właściwie pozbawione racji. Końcowa kara piekła za szukanie w świecie wyłącznie własnej przyjemności staje się zaś żartem.

fot. Marta Ankiersztejn

Kurzawa wybiera inną drogę. Ale zacznijmy od informacji najbardziej podstawowej: aktorzy grają u niego „Don Juana” w stylizowanych, ale jednak strojach z epoki. Scenografia Małgorzaty Pietraś to po części symboliczne przestrzenie, ale tam gdzie rzecz dzieje się we wnętrzach, mamy z pewnością nie dzisiejszy salon. Reżyser pozostawia sporo detali obyczajowych, które w innych inscenizacjach wypadały, jako zbędny balast z dawnych czasów. To pośród nich mamy sobie wyrabiać zdanie.

Różne tańce Don Juana

Don Juan Tomasza Schuchardta z Ateneum to współczesny, nieco wypalony kpiarz w opiętej czarnej koszuli. Don Juan Krzysztofa Kwiatkowskiego to człowiek wyłaniający się z pompatycznego kostiumu, pogrążony w rytuałach szlacheckich. Dopiero po przebiciu się przez tę warstwę wyrabiamy sobie o nim zdanie jako o człowieku. Jest do nas niepodobny, i zarazem w pewnych sprawach bardzo podobny. Ale nie wykłada nam się tego w postaci skeczu.

Oczywiście ma to swoje konsekwencje. „Don Juana” zawsze nazywałem najmniej komediową z komedii Moliera. Tu tego komizmu jest jakby jeszcze mniej. Powolne dzianie się przeważa nad zabawnymi sztychami. Widać to choćby w koncepcji postaci sługi Sqanarela.

Nawet w dawniejszych inscenizacjach był on w swoim nieustannym balansowaniu między moralizowaniem i lizusostwem komicznym kontrapunktem dla Don Juana. Tu akurat Adamowi Biedrzyckiemu każe Kurzawa grać stosunkowo powściągliwie i serio. Przyznam szczerze, że trochę mi w tym akurat brakowało szczypty bożego szaleństwa.

W Ateneum zapewniała go Dorota Nowakowska jako prawdziwie groteskowy sługa-rezoner. Ale też może taka „spokojna” wersja pozwalała dokładniej wsłuchać się w słowa tego dramatu. Choćby toczącego się nieustannie dialogu pana i sługi, w istocie rzeczy o naturze nie tylko religii, ale i świata całego. Czy wiara to tylko obłaskawianie groźnej rzeczywistości? Czy jednak coś więcej?

Pomagała w tym nade wszystko klasa Kwiatkowskiego, jednego z moich ulubionych aktorów Teatru Polskiego. Jego napuszony, arogancki, delektujący się przewagami nad światem karmazyn nie poddaje się łatwemu osądowi. Chwilami mamy wrażenie, że męczy się swoim cynizmem, że to rodzaj szaleństwa, które jego samego boli, co zresztą wiedzie go przecież do autodestrukcyjnego finału. Po czym aktor kilkoma grymasami czy gestami wyprowadza nas z błędu. Ale czy do końca? Tak i nie.

Nie przeszkadza mu to być charyzmatycznym sędzią świata. Brawurowa tyrada na rzecz obłudy (zarazem jej demaskacja), kontynuacja – ma tu rację Kurzawa – myśli ze Świętoszka, jest momentem, kiedy musimy posłuchać go uważnie. Nie przestaje być antypatyczny. Ale przecież musi wzbudzić naszą przewrotną sympatię. Tę przewrotność reakcji publiki zawdzięcza ta inscenizacja tekstowi podawanemu wyjątkowo komunikatywnie, rozmaitym współczesnym skojarzeniom, ale też aktorowi tańczącemu przed nami wiele tańców równocześnie.

Nie jestem pewien, czy postąpił reżyser słusznie hamując komizm Sqanarela. Niemniej ten bardziej dyskretny niż zazwyczaj sługa w wykonaniu Biedrzyckiego to kawał dobrej teatralnej roboty. Reszcie zespołu pozostaje grać z większą powagą niż w większości obecnych inscenizacji klasyki traktowanych jako punkt wyjścia do współczesnych zabaw, jeśli nie dekonstrukcji.

Komedia w posępnym klimacie

To da się powiedzieć o Antonim Ostrouchu w roli ojca Don Juana czy o młodej, świetnie sobie poczynającej na tej scenie Dorocie Bzdyli jako Doni Elwirze – oboje są całkiem serio, do tego stopnia, że zaczynamy się zastanawiać czy nie ma w tym jakiegoś prześmiewczego drugiego dna. Ani Kurzawa, ani oni, nie idą jednak na łatwiznę, nie polepszają sytuacji Don Juana kompromitując jego oskarżycieli. To samo dotyczy większości pozostałych ról. Krystiana Modzelewskiego i Tomasza Błasiaka jako braci Elwiry, Jakuba Kordasa jako drugiego służącego Don Juana czy Michała Breitenwalda w roli Żebraka odmawiającego bluźnienia za pieniądze.

Nieco inaczej jest z Hanną Skargą obsadzoną w ostatniej chwili w roli wieśniaczki Karolki (aktorka która miała ją grać, Bernardetta Statkiewicz, wpadła w covidową kwarantannę), z Ewą Makomaską w roli jej przyjaciółki Marcysi, a w jeszcze większym stopniu z Pawłem Kruczem jako jej narzeczonym Pietrkiem i Dominikiem Łosiem w roli wierzyciela Pana Niedzieli.

Im pozwolono na nieco więcej całkiem zresztą udatnego, komediowego przerysowania. Będącego w istocie rzeczy czymś w rodzaju dygresji nie przesłaniającej posępnego klimatu całości. No właśnie, bo to jest „Don Juan” posępny. Tu finał nie jest z pewnością żartem.

No tylko czym w takim razie jest? Piotr Kurzawa sam przyznał się do pewnego kłopotu z jego rozszyfrowaniem. Jak rozumieć końcowe unicestwienie Don Juana? Robi to wrażenie bardzo konserwatywnego przesłania, ale czy jest nim w istocie? Może o to właśnie chodzi, abyśmy się nad tym głowili wychodząc z teatru. Co tak naprawdę zapowiada, zresztą głosem Andrzeja Seweryna, wyrok Komandora, zjawy uosabiającej dawną moralność?

Tytuł oryginalny

Molier aktualny inaczej. „Don Juan” w Teatrze Polskim w Warszawie

Źródło:

polskatimes.pl
Link do źródła

Autor:

Piotr Zaremba

Data publikacji oryginału:

01.02.2022 10:45