EN
30.03.2022, 15:53 Wersja do druku

Młoda ona, młody on… I to by było na tyle!

„Romeo i Julia” Williama Szekspira w  reż.  Katarzyny Klimkiewicz w Teatrze Telewizji. Krzysztof Krzak w Teatrze dla Wszystkich.

Kiedy 28 marca 2022 roku oglądałem najnowszą premierę Teatru Telewizji, którą była tragedia Williama Szekspira „Romeo i Julia” w adaptacji i reżyserii Katarzyny Klimkiewicz, tłukł mi się po głowie refren piosenki Kayah: „po co?, po co?, po co?”.

Sięganie po klasykę ma w mojej ocenie sens tylko wtedy, gdy chce się poprzez nią powiedzieć coś ważnego i odkrywczego o kondycji człowieka uwikłanego w problemy współczesności. Lub dać aktorom możliwość stworzenia wybitnych kreacji (po spektaklu Jerzego Gruzy z 1974 roku kariery Bożeny Adamek i Krzysztofa Kolbergera ruszyły z kopyta). Z żadnym z tych powodów nie mamy do czynienia w przypadku przedstawienia Katarzyny Klimkiewicz. Nie znam, oczywiście, motywacji pani reżyser, wydaje się jednak, że zajęła się ona tekstem Szekspira ze względu na swoją nośność i funkcjonowaniem w świadomości potencjalnych odbiorców jako historia miłosna wszech czasów. I potraktowała ona dzieje Romea i Julii jako swoisty samograj (podobnie chyba było z postacią Kaliny Jędrusik w jej debiutanckiej kinowej fabule „Bo we mnie jest seks”). Tyle tylko, że w dobie dość powszechnej niestałości uczuć i związków spod znaku „Hotelu Paradise” czy „Love Island”, taka miłość jak u Szekspira zdaje się być archaizmem. I nie jest w stanie tego zmienić uwspółcześnienie realiów, przeniesienie akcji do loftowych wnętrz czy lokalu rozrywkowego, w którym bawi się młodzież spod znaku subkultury hipstersko–gueerowej, wyposażenie postaci dramatu w telefony komórkowe, telewizory plazmowe i umieszczenie ich wśród automatów do gry. Przy tym wszystkim ozdobienie twarzy bohaterów maskami przypominającymi godowe malunki prymitywnych plemion afrykańskich musi budzić – wbrew intencji pomysłodawców – rozbawienie. Podobnie jak kiczowate landszafciki z wystroju otoczenia celi Brata Wawrzyńca (scenografia jest pomysłem Alicji Olak).

Adaptatorka tekstu Szekspira w tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego skupiła się prawie wyłącznie na historii uczucia 13–latki i 16–latka, ledwie wspominając o konflikcie ich rodów, który stanął na przeszkodzie ich związkowi. Niestety, beznamiętna gra Zuzanny Woźniak i Rafała Kowalskiego nie wywołuje zaangażowania emocjonalnego widza. Jedynym bodaj niezaprzeczalnym atutem jest ich autentyczna młodość (choć można na siłę dopatrzeć się prób stworzenia przez aktora głębszej psychologicznie postaci). Z kolei młodzieńczy wygląd Pauliny Gałązki sprawia, że jej Marta bardziej przypomina starszą siostrę bądź kumpelę Julii, niż nianię – to ewidentny błąd obsadowy. Najpoważniejszą przewiną większości aktorów występujących w „Romeo i Julii” jest to, co Jan Englert nazywa „memraniem”, czyli mówieniem a nie artykułowaniem, informowaniem, zamiast interpretowaniem tekstu.

Reasumując: jedną z niewielu (poza muzyką Luki) rzeczy, która pozostanie po tym przedstawieniu jest wpis w CV o debiucie w spektaklu Teatru Telewizji kilku aktorów (m.in. Katarzyny Wajdy, Marcina Miodka, Artura Ziółkowskiego, Marcina Steca, Wojciecha Rusina i Daniela Salmana) i samej reżyserki jako twórczyni przedstawienia w największym teatrze świata, za jaki jeszcze do niedawna był uznawany Teatr TVP.

Tytuł oryginalny

Młoda ona, młody on… I to by było na tyle!

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła