"Turandot" w reż. Pawła Passiniego w Teatrze Centralnym w Lublinie. Pisze Sylwia Hejno w Polsce Kurierze Lubelkim.
Opera Giacomo Pucciniego "Turandot" skrywa osobisty dramat. Paweł Passini w spektaklu o tym samym tytule opowiada jego dzieje. Dorzuca przy tym wyraźny wątek polityczny - okrutna księżniczka Turandot i Chiny to prawie jedno. Każdemu jej pojawieniu się towarzyszy groza. Zbiorowe partie przemilcza głuchoniemy chór. A chińskie turandotki z wyrobu tekstylnego - nagie, ze zsuniętymi majteczkami lub w czerwonych przepaskach - bardzo pasują do opowieści o zniesławionej dziewicy. Lalki mogłyby należeć do Dorii Manfredi, którą żona Pucciniego oskarżała o romans z mężem, a która, jak wykazała sekcja zwłok po samobójstwie, była nietknięta. W historię wprowadza nas lektor. Ale i tak trzeba się pilnować, bo bohaterowie prawdziwi mieszają się z fikcyjnymi. Puccini poświęcił żonie postać zimnej Turandot-nadkobiety, a wrażliwej Dorii - niewolnicę Liu. Demony wyrzutów sumienia i obsesje Pucciniego się materializują. Gdy rozmyśla nad fabułą opery,