01.07.2021, 13:34 Wersja do druku

„Kombinat” - odważny, zaskakujący, potrzebny

"Kombinat" w reż. Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. Pisze Maciej  Gogołkiewicz na stronie Musicalowe.info.

fot. Piotr Pasieczny

Teatr Muzyczny w Poznaniu wychodzi ze strefy komfortu. Realizacja „Kombinatu” w reżyserii Wojciecha Kościelniaka to odważna decyzja i na dodatek bardzo potrzebna współczesnemu widzowi. „Kombinat” - zbudowany z piosenek Grzegorza Ciechowskiego, gry aktorskiej wychodzącej poza schematy i eksplodującej emocjami choreografii - nawiązuje z widzem niespotykane do tej pory połączenie.

To był wyjątkowy sezon teatralny, a ostatnie jego tygodnie upływały na nadrabianiu zaległości oraz chłonięciu premierowych pokazów. Przyznam szczerze: nie sądziłem, że zakończenie sezonu będzie tak mocne. Do tego stopnia, że po spektaklu wyciszę dźwięki w smartfonie i zdejmę z ręki wibrującego przy każdym powiadomieniu smartwatcha... Bo poza „Kombinatem” też jest świat.

„Kombinat” w reżyserii i według scenariusza Wojciecha Kościelniaka w Teatrze Muzycznym w Poznaniu to nie ten sam spektakl, który zagrano w marcu 2002 roku podczas Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Praca nad nim rozpoczęła się jesienią 2001, na kilka tygodni przed śmiercią Grzegorza Ciechowskiego.

„Kombinatowi” 20 lat później bliżej jest do musicalu. Wzbogacony o opowieść, która prowadzi widza przez świat bez marzeń i emocji. Świat, w którym nie ma miejsca na własne zdanie i indywidualność. „Kombinat” to pieczątki i papiery, obejmy i wzór, do którego równani są wszyscy. To wygłoszenia (jakże popularne w ostatnich miesiącach w Polsce) i reedukacja nieposłusznych, którzy znikają w Labo Lobo. Szarzy, jednakowi obywatele „Kombinatu”, oznaczeni kodami QR, poddają się kontroli wagi i wzrostu. W świecie pozbawionym barw, kolory służą jedynie do manipulowania ludzkimi reakcjami, a gdy już się pojawią to są częścią wykreowanych wizualizacji. Kolorami mieni się również świat elit.

Wspólnie z głównymi bohaterami Suku i Janem wyposażonymi w obiegówkę ruszamy w reedukacyjną podróż – od stempelka do stempelka. Od jednego systemowego absurdu do kolejnego. Piosenki Ciechowskiego – mimo upływu czasu – wciąż są aktualne. Może nawet jeszcze bardziej niż kilkadziesiąt lat temu gdy powstały. Idealnie wpisują się w obnażanie współczesnych mechanizmów: społecznych, biurokratycznych, korporacyjnych, religijnych, marketingowych. Nad wszystkim góruje jeszcze jeden schemat – czas, który reguluje rytm naszego życia. Po trzygodzinnym zamknięciu w „Kombinacie” wychodząc z teatru zupełnie inaczej patrzy się na otaczający świat. Człowiek się zmienia...

Zmienili się również artyści występujący na scenie Teatru Muzycznego w Poznaniu. Nie wiem czy to zasługa piosenek, scenariusza, czy wspomnianego „zamknięcia” w świecie „Kombinatu”. Aktorki i aktorzy znani z wcześniejszych (miłych, odprężających) produkcji musicalowych poznańskiej sceny, pokazują się widzowi w absolutnie nowej odsłonie. Artyści kreujący w teatrach muzycznych całej Polski postaci zakochanych, radosnych, czasem magicznych bohaterów, wydobywają z siebie emocje, których widz chyba jeszcze nie doświadczał. To zupełnie nowa jakość doznań płynących z teatralnej sceny.

fot. Piotr Pasieczny

Zacznijmy od finałowej piosenki „Moja krew”. Jakub Brucheiser, którego podziwiałem w Gdyni w „Wiedźminie” (Jaskier) czy w „Hairspray” (Corny Collins), daleko wychodzi poza schematy musicalowych historyjek. Z linijek tekstu w scenariuszu, z kolejnych wersów piosenek Ciechowskiego tworzy niezwykłą postać Jana. Niesamowite jest jak wiele wysiłku, ale przede wszystkim uczuć wkłada w wykonanie „Mojej krwi”. Niezwykłe przeżycie dla widza. To jest ten moment, gdy z każdym, narastającym dźwiękiem jego głosu wstrzymujesz oddech i... nie wyobrażasz sobie, że za chwile trzeba będzie wyjść z teatru. Brucheiser śpiewa również piosenki „Śmierć w bikini” (zachwyci Was to wykonanie) oraz rewelacyjnie „Telefony”.

Jak przystało na musical mamy też duet - Jan śpiewa z Suku „Białą flagę”. Do Suku granej przez Joannę Rybkę (w Poznaniu debiutowała rolą Ariel w „Footloose”) należy drugi akt spektaklu, gdzie fantastycznie wykonuje „Psy Pawłowa”, „Śmierć na pięć” i „Prąd” . Gdy śpiewa: „nie porażaj mych rą-ą-ą-ą-ą-ą-ą-ąk aua aua aua aua aua aua aua au”, czuję jej ból... Aktorka w drugim akcie ma również do zagrania jedną z najlepszych scen „Kombinatu” - to rozmowa Suku z Agrawą graną przez Annę Lasotę. To najbardziej spektakularna aktorska przemiana, porównując tylko z inną premierą Lasoty w tym sezonie musicalem „Błękitny zamek” w Mazowieckim Teatrze Muzycznym. Przywołana przed momentem scena pokazuje, że pod urzędniczą skorupą Agrawy też jest człowiek, kobieta... Anna Lasota manipulując Kubikonem psychodiowym, reguluje funkcjonowanie kombinatu, a wykonując „Będzie plan” zachwyca wokalnym warsztatem. Głosu używa jeszcze w jednej scenie... Nie zdradzę. Bo to eksplozja emocji...

Przyznam szczerze, że przy wykonaniach wielu piosenek obawiałem się o... struny głosowe wokalistek. Z przyjemnych musicalowych brzmień, przenoszą głos w nieznane dotąd rewiry. Marta Burdynowicz, jako Sanna orędowniczka „Minutek wiary”, piosenką „Fanatycy ognia” zabiera nas do świata religijnych absurdów i manipulacji. To w tej scenie pojawia się metaforyczna opowieść o kamieniu w bucie. Marta Burdynowicz to aktorka, której kariera rozwija się od kilku lat, a rola w „Kombinacie” potwierdza jej wszechstronność oraz nieograniczone możliwości wokalne.

Przywołany wyżej atrybut Agrawy - kubikon psychodiowy, „steruje psami, a one wszystkim”. O psach „Kombinatu” można napisać dłuższy referat. Mistrzowsko postaci te tworzą Mateusz Feliński i Maciej Zaruski. Wspaniała charakteryzacja, efektowny i rytmiczny sposób mówienia (pojedyncze słowa, monosylaby), gesty i ruch na scenie. Feliński i Zaruski pokazali bardzo złożone kreacje. Co najciekawsze powierzono im wykonanie piosenki „Mamona”. Jest świetnie!

Anna Federowicz pojawia się w „Kombinacie” jako Lala. To do niej należy wykonanie „Sexy Doll”. Bardzo odważna rola, wyjątkowo dobrze dopracowana wokalnie.

Kolejne songi „Kombinatu” to „Halucynacje” wykonywane przez Radosława Elisa oraz „Znak równości” zaśpiewany przez Patryka Kośnickiego. Genialnie zagrany Metr to bardzo ciekawa postać spektaklu. Niesamowita jest jego rozmowa o nodze, którą prowadzi z Janem i to zdanie „jak ktoś jest inny, to niech nie zwala problemów na innych”. Jest oczywiście piosenka „Tak... Tak.. To ja...” w wykonaniu Jarosława Patyckiego oraz „Nieustanne tango” Bartosza Sołtysiaka, ale o tych dwóch panach nieco więcej w dalszej części tekstu.

Świat „Kombinatu” jest szary i... kolorowy. Kostiumy Obywateli zaprojektowane przez Annę Chadaj przywołują skojarzenia z mundurkami z Korei Północnej, ale – muszę to przyznać – zachwyciły mnie swoją prostotą. Barwy pojawiają się dopiero po „oddaniu krwi kombinatowi”. W omamach, halucynacjach Sonica (Radosław Elis) kostiumy są fantazyjne, kolorowe. Piękne.

Obok kostiumów oraz scenografii (Damian Styrna) to jednak choreografia Eweliny Adamskiej-Porczyk jest elementem budującym rytm, napięcie całego spektaklu. Parafrazując słowa piosenki: 'kombinat pulsuje... choreografią'. Jestem fanem Adamskiej -Porczyk od czasu obejrzenie musicalu „Chłopi” w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Z nieukrywaną przyjemnością przyglądam się jej kolejnym scenicznym projektom. Każdy następny jest lepszy od poprzedniego. Bogatszy, intensywniejszy. Ale choreografia w „Kombinacie” to całkowicie nowy rozdział dla tej artystki. Najwyższa jakość. Artystyczna uczta z trzema gwiazdkami choreograficznego Michelin (gdyby takowa klasyfikacja istniała). Nie bez powodu Kapituła Nagrody im. Aleksandra Bardiniego na 41. Przeglądzie Piosenki Aktorskiej przyznała jej w tym roku Dyplom Mistrzowski.

fot. Piotr Pasieczny

Choreograficzna jazda rozpoczyna się już w otwierającym spektaklu utworze tytułowym. Osiemnaście osób na scenie wprawia teatralną przestrzeń w niesamowitą wibrację. I tak jest już do końca. Z każdą kolejną sceną każdy gest, każdy ruch maluje na oczach widzów niesamowite obrazy.

Zachwycił mnie taniec w „Telefonach”. „Śmierci w bikini” jest hipnotyzująca, a choreografia na kolanach w „Fanatykach ognia” rzuca na... kolana. „Biała flaga” majstersztyk i „Psy Pawłowa” pokazujące jak ważna jest praca całego zespołu.

Zdradzę Wam, że w trakcie spektaklu robię notatki by w emocjach nie zapomnieć o szczegółach, drobiazgach. Nie jest to łatwe w ciemności. Mam system: tam gdzie zaskakuje mnie choreografia, zapisuję skrótowo „CHO”. Podczas „Kombinatu” zdarzało mi się te trzy litery podkreślać grubą, czasami podwójną kreską. Przy jednej ze scen, podkreślając „CHO” przedziurawiłem kartkę, dodając obok wykrzyknik.

Choreografia, która wywarła na mnie największe wrażenie, która poraziła niczym prąd przenikający Suku, która chyba już na zawsze zostanie mi w pamięci, towarzyszyła piosence - „Nieustanne tango”. Czasami słyszałem o tym jakim wyzwaniem dla aktorów jest zagranie... umarłego. Ale to już spowszedniało i nawet oglądanie umierania na scenie, już nie robi na mnie wrażenia. Co innego – zatańczenie nieżyjącej osoby... Bartosz Sołtysiak jako Dancer bojący się utraty pozycji w konkursie tańca (bo przecież w Kombinacie nie tańczy się samemu), prowadzi w tangu swoją fordanserkę. Nieżyjąca dziewczyna, wyślizguje mu się z ramy, jej ciało opada. Chylę nisko głowę przed Aleksandrą Piwowarek, która zatańczyła martwą fordanserkę. Naprawdę to było niesamowite! Bartosz Sołtysiak śpiewa „Oto piękna fordanserka, Która dawno zmarła w moich rękach, Tańczę z nią bo taniec trwa tańczymy tango” i walczy z bezwiednym ciałem – ależ w tym jest wiele emocji, artyzmu, pasji. Wspaniały jest też duet Jarosława Patyckiego i tańczącego z nim lustrzanego odbicia z przeszłości (Mateusz Adamczyk!!!) w utworze „Tak... tak... to ja...”. Zobaczcie jak na ukłony panowie wchodzą na scenę!

Choreografia w „Kombinacie” stworzona jest z mnóstwa drobnych elementów, ruchu rąk, głów. Gdy Ekspedientka (wspaniała Denisa Jarczak Kaczmarska) rozmawia z Janem o wyborze właściwej seks-lalki, rytmicznie poruszając palcem podkreśla swoje zniecierpliwienie. W innej scenie Agrawa (Anna Lasota) staje ponad tłumem obywateli – w ciągu kilku sekund jej ręce układają się w gesty, którymi posługiwali się (i posługują) rządzący tłumami... Pod koniec utworu „Sexy doll” przez scenę przechodzi Adelka (Sandra Brucheiser). Mniej więcej w połowie drogi zwalnia, to idealne, filmowe slowmotion; potem przyspiesza, dochodzi do schodów, znów slowmotion (z niesamowitym spojrzeniem w stronę publiczności) i znów przyspiesza, by wyjść z sali... Rewelacja! Podziwiałem również choreografię w scenie, w której Jan i Suku planują (a może realizują) swoją ucieczkę z Labo Lobo. Przyjrzyjcie się, co w tym czasie robi reszta zespołu!!! Wsłuchajcie się także w muzykę, która towarzyszy tej scenie! Nie sposób nie zauważyć tego jak porusza się Stalówa (Lucyna Winkel-Sobczak). Ruch nadaje charakteru tej postaci.

Wyrazy uznania dla muzyków. Band Teatru Muzycznego w Poznaniu dodaje wartości piosenkom Grzegorza Ciechowskiego. Liczę, że wzorem innych produkcji tego teatru, piosenki z „Kombinatu” trafią na płytę.

„Kombinat” w reżyserii Wojciecha Kościelniaka to rzecz o tym co się wydarzyło, wydarza lub wydarzyć może w dowolnym miejscu na świecie. Piosenki Grzegorza Ciechowskiego – mimo upływu czasu - zaskakują i... nieco przerażają swoją aktualnością. Świat się zmienia, ale historia lubi się powtarzać. „Kombinat” o tym przypomina. To ostrzeżenie dla naszego pokolenia. Zegar tyka... A czym jest Twoja 7:14 (siódma czternaście)? Czy też chowasz głowę w 7:14?



Źródło:

musicalowe.info
Link do źródła