„Klub kawalerów” Michała Bałuckiego w reż. Krystyny Jandy w Och-Teatrze w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Uprzedzam: ten spektakl nie porusza kluczowych zagadnień współczesności, nie włącza się w bieżące spory społeczne, nie jest też ciętą satyrą ani na obecną, ani na minioną władzę. Wątki feministyczne mogłyby rozsierdzić co bardziej ortodoksyjny feminizm, a lekki wicherek niejednoznaczności przemyca na scenę również motyw LGBTQ+ (jeśli Motyliński nie jest kryptogejem, to ja jestem baletnicą; nie wspominając o perełce, jaką stanowi scena polki tańczonej przez Nieśmiałowskiego z kelnerem). Reżyserka nie sięgnęła po projekcje, digitalizację ani VR, aktorom nie pozostawiła też przestrzeni na improwizację. Aktorki grają role żeńskie, aktorzy – męskie. Olśniewające kostiumy z epoki pieczołowicie zaprojektował Tomasz Ossoliński; do współpracy zaproszono modystkę, a ile czasu pochłania przygotowanie koafiur – można się tylko domyślać.
Tekst Bałuckiego może wydać się niektórym nieco zakurzony. By go odświeżyć (tekst, nie Bałuckiego), reżyserka wprowadza czytany z offu, ułożony przez Szymona Majewskiego słowniczek objaśniający dziś mniej zrozumiałe wyrazy i zwroty. Zabieg ten jest okropnie śmieszny.
Spektakl jest znakomicie zagrany przez cały zespół, choć pozwolę sobie zauważyć, że scenę momentami kradnie kolegom Rafał Rutkowski – w roli Piorunowicza wprost do zjedzenia. Salwy śmiechu wywołują niemal w każdej scenie ze swoim udziałem Izabela Dąbrowska (Dziudziulińska) oraz Tomasz Drabek, wprost obłędny jako Nieśmiałowski.
„Bardzo się napracowaliśmy, żeby państwu było miło” – powiedziała reżyserka na premierze.
Efekt tej pracy jest olśniewający. Proszę iść i beztrosko się bawić.