07.06.2021, 12:24 Wersja do druku

Historia, która nigdy się nie kończy

"Odyseja. Historia dla Hollywoodu" inspirowana „Odyseją” Homera, na podstawie „Powieści dla Hollywoodu” i „Króla kier znów na wylocie” Hanny Krall w reż. Krzysztofa Warlikowskiego w Nowym Teatrze w Warszawie. Pisze Adrian R. Chmielewski.

fot. Magda Hueckel

To była długa podróż. Zegar zostaje włączony. Hades (Claude Bardouil) pcha metalową klatkę pełną nostalgicznych opowieści o odejściach i powrotach. Na scenę powolnym, aczkolwiek zdecydowanym, krokiem wkracza stary mężczyzna - Nikt (Stanisław Brudny). Nie widzimy jego twarzy. Odwrócony do nas plecami zaczyna swoją opowieść. Jest jednocześnie opiekuńczym duchem całej narracji oraz fizyczną postacią. Powraca niespodziewanie w przebraniu i pod innym nazwiskiem. Opowiada historię, która nigdy się nie kończy.

Odyseja. Historia dla Hollywoodu [1] w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, to opowieść inspirowana Odyseją Homera oraz tekstem autorstwa Hanny Krall pt. Król kier znów na wylocie [2]. I choć sam spektakl dotyczy trudnych tematów wojny, zagłady oraz starości, to - jak się okazuje - daje również sporą dawkę nadziei, która pozornie ukryta objawia się nam w wielowątkowej narracji. Należy zdecydowanie stwierdzić, że niewielu pisarzy potrafi pisać o wojnie tak, jak Hanna Krall, która licząc na wyobraźnię oraz inteligencję czytelników stara się ukazywać sedno opowieści. Prezentuje, opartą na faktach, historię Izoldy Regensberg - młodej żydówki, której udaje się przeżyć piekło II Wojny Światowej. Los kobiety śledzimy od momentu, w którym poznaje swojego przyszłego męża. Pamiętajmy, że historia ukazywana przez Krall dzieje się zawsze tu i teraz. Autorka podpowiada nam, że powinniśmy skupić się na tym, co należy robić w danym momencie, ponieważ to, co wydaje się rozciągniętą w czasie opowieścią w rzeczywistości ma miejsce w każdej chwili. Sądzę zatem, że ten sposób opowiadania wzięli sobie również do serca twórcy spektaklu. Izolda będąc w getcie warszawskim postanawia z niego uciec i ocalić swoich najbliższych, a zwłaszcza męża, w którym jest szaleńczo zakochana. Zamienia się zatem w Aryjkę - Marię Pawlicką. Farbuje włosy na popielaty blond, przywdziewa nową tożsamość oraz uczy się społecznych nieżydowskich praktyk:

Jest gorsza i dlatego przebrana. Ma nowe imię i nowy kolor włosów, nowy głos, śmiech i sposób stawiania torby. I tę nową wolą od prawdziwej. Więc co to znaczy? Że przebrana… Że osoba, za którą się przebrała, jest od prawdziwej lepsza [3].

Wojenne perypetie sprawiają, że Izolda rozpoczyna swoją tułaczkę. Podąża tropem męża, który - jako obrzezany Żyd nie mogący udawać Aryjczyka - zostaje w końcu przewieziony do obozu w Mauthausen. Jej historia jest niezłym materiałem na film, a przede wszystkim na książkę. I dokładnie w tym momencie wracamy do spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego. Po tym, jak Nikt schodzi ze sceny rozpoczyna się następna część zatytuowana „Nieśmiertelność" [4], w której poznajemy młodą Izoldę (Maja Ostaszewska) przeżywającą zagładę narodu żydowskiego i pragnącą ponownie spotkać się ze swoim mężem. Izolda zostaje zestawiona ze starszą wersją siebie (Ewa Dałkowska), która poznaje znanego w Europie wschodniej pisarza - Marka Hłasko (Jacek Poniedziałek). Ten w końcu decyduje się opisać życie starszej kobiety. Od tego momentu wiemy, że głównymi narracjami w spektaklu Warlikowskiego będą opowieść o powrocie Odysa do domu, oraz historia Izoldy.

Akcja spektaklu rozgrywa się w nadszarpniętej przez czas wielkiej hali wylotów oraz przylotów. Scenę otaczają odrapane z niebieskiej farby do połowy przeszklone szprosami ściany. Natomiast drewniana podłoga w jodełkę symbolizuje przestrzeń domu. Na prawej ścianie znajdują się umywalki, które - w scenie z Lantzmannem przywołują na myśl salon fryzjerski. Na lewej ścianie umiejscowione zostały drewniane drabinki, które - wraz z wniesionym w odpowiednim momencie stołem do ping ponga - składają się na przestrzeń wyzwolonego obozu koncentracyjnego, w którym Izolda, po długiej rozłące, odnajduje swojego męża. Na scenie znajduje się również mobilny, ogrodzony metalową kratą, pokój po środku, którego znajdują się drewniane siedziska. W zależności od sytuacji, na myśl przywodzi więzienie, poczekalnię na lotnisku lub, prowadzony przez Izoldę oraz jej męża w Wiedniu, sklep z jeansami. Na środkowej ścianie znajduje się również ruchomy ekran, na którym wyświetlane są filmy. Ściana - wraz z ekranem - zasłaniana zostaje przezroczystą - jakby szpitalną - kurtyną. Istotną rolę w scenografii odgrywają wyładowcze lampy sodowe, które na początku oświetlają całą przestrzeń spektaklu. Generowane przez nie światło jest żółte i powoli - wraz z postępującą akcją - zmienia nasycenie, aż do miodowego. Wszystko co składa się na - zaprojektowaną przez Małgorzatę Szczęśniak - scenografię współgra z prezentowaną opowieścią i jest narracyjnym punktem wyjścia dzięki, któremu aktorzy są w stanie zbudować postaci rozbudzające naszą wyobraźnię. W zależności od sceny pojawiają się poszczególne meble jak np. szpitalne łóżko, czy stół przy, którym spotyka się rodzina Odysa, które podpowiadają nam, na jaką konkretnie przestrzeń teraz patrzymy. W pewnym momencie pojawia się nawet - jakby trafione piorunem - drzewo, które w scenie dziejącej się pomiędzy Martinem Heideggerem (Andrzej Chyra) a Hanną Arendt (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik), ma symbolizować lasy Szwarcwaldu.

fot. Magda Hueckel

Powinniśmy zwrócić uwagę na kompozycję otwarcia. Jak wspominałem spektakl otwiera Odys oraz Hades - po przerwie jednak dalszą część spektaklu otwiera Telemach (Jacek Poniedziałek) oraz ponownie Hades, co - w moim przekonaniu - łączy rodzinę Odysa z tematem śmierci. Śmierć sama w sobie nie jest ostatecznym dyskursem. Twórcy spektaklu wskazują, że chodzi raczej o jej przeżywanie. Ostatecznie nie tak łatwo umrzeć, a koniec wcale nie oznacza druzgocącej pustki. Odys powraca do domu, a nawet umiera, ale jego historia nie ma końca, bo tym jest opowieść samą w sobie - nieśmiertelnością. Ale czy na pewno? Pojawiają się trzy Izoldy. Wiecznie szukający ognia do swojego papierosa Marek Hłasko wraz ze starszą Izoldą w końcu dostają się do Hollywood, gdzie - młody wówczas - reżyser polskiego pochodzenia, który przeżył Holocaust pragnie zaadaptować powieść Hłaski na film. Reżyserem jest oczywiście Roman Polański (Piotr Polak), który stara się przekonać producenta Roberta Evansa (Marek Kalita), że opowieść Pani Regensberg jest współczesną Odyseją. W postać Izoldy w filmie Polańskiego ma wcielić się wspaniała hollywoodzka gwiazda, czyli Elisabeth Taylor (Magdalena Cielecka). W przestrzeni metalowej klatki widzimy zatem młodą Izoldę, która jest przesłuchiwana przez niemieckiego oficera (Bartosz Gelner), na ekranie dostrzegamy Elisabeth Taylor odgrywającą scenę przesłuchania, którą udało się nakręcić Polańskiemu, oraz widzimy również starszą Izoldę oglądającą amerykańską aktorkę wcielającą się w jej postać. Elisabeth Taylor jest odtwórczynią przeżyć Izoldy. Czy można w końcu znaleźć lepsze miejsce dla opowieści niż Hollywood? Niespodziewanie tłumaczka (Jaśmina Polak) pomagająca w porozumieniu pomiędzy gośćmi z Europy a Amerykanami tworzy wyjątkowo trafny feministyczny zwrot akcji. Wyraża poważne zwątpienie wobec wiecznie poniewieranych kobiecych ciał. Nawet jeśli taka była prawda, to czy powinniśmy ukazywać ją w następujący sposób? Pojawiają się kolejne narracyjne wątpliwości. Jak właściwie opowiedzieć tę historię? Zawieszone w przestrzeni pytania łączą się i prowadzą do Odysa. Stary mężczyzna wrócił do domu, ale w końcu stwierdza, że to nie tak miało być. Nie ma dobrego kontaktu z dorosłymi dziećmi, Penelopa (Jadwiga Jankowska-Cieślak) zadaje krępujące pytania o seks z boginią, a Argos - ukochany pies - nie żyje. Śmierć miesza się z życiem, fikcja z rzeczywistością, a miłość z nienawiścią. Bohaterowie zdają się odzwierciedlać stan przykutego do inwalidzkiego wózka Odysa - [...] błądzę, straciłem orientację“. Rozdźwięk pomiędzy życiem a śmiercią, widocznym a niewidocznym, rzeczywistym a wyobrażonym przestaje być wyraźny. W końcu w górach Szwarcwaldu po dwudziestu trzech latach niewidzenia spotykają się Hannah Arendt i Martin Heidegger. Wyświetlony opis informuje nas, że: „[…] pogoda była ładna”. Następuje kolejne spotkanie oraz próba poradzenia sobie z niegdyś żywą, a obecnie martwą relacją. W końcu pojawia się buddyjski mnich (Hiroaki Murakami), który - zdaje się - jest osobą funkcjonującą poza czasem. Mnich uwiecznia siebie oraz dwójkę znanych filozofów na zdjęciu. Każda fotografia nosi w sobie znak przyszłej śmierci, ale jednocześnie jest świadectwem życia. Mnich jest obcym w drodze i gościem w Szwarcwaldzie. Pojawia się niespodziewanie i na odchodne stwierdza, że: „[…] jasność jest piękna”. Jacques Derrida badając stosunek Heideggera do ducha określa go mianem roz-płomienia, czegoś, co bierze i daje ogień jednocześnie [5]. Wykonywaniu fotografii towarzyszy subtelny błysk. Światłoczuły element kumuluje w sobie dostarczone światło i zamienia na impulsy elektryczne. Później za pomocą systemów impulsy zamieniają się w obraz. Płomień jest analogią światła, światło jest analogią obrazu. Mnich wykonuje zdjęcie, ale również je ze sobą zabiera. Arendt i Heidegger doświadczają spotkania z duchem, który za pośrednictwem światła skumulowanego w cyfrowym aparacie subtelnie podpowiada im kim tak naprawdę jest. Zdaje się, że intuicja niemieckiego filozofa nakierowała go ku właściwemu rozpoznaniu. Jakby powiedział Derrida: „[…] Heidegger rozumie odchodzenie i przychodzenie tej śmierci jako po-wracanie nocy do świtu, a wreszcie jako powracanie ducha" [6]. Rozmowę kończy zapowiedziana przez mnicha śnieżna burza pojawiająca się również w ostatniej części spektaklu. Poszczególne elementy, które z początku zdawały się odległe, zaczynają coraz mocniej stapiać się w jedną opowieść. Żona Odysa dusi go w akcie małżeńskiej solidarności, aby ten dłużej nie cierpiał i nie umierał upokarzającą śmiercią kalekiego, starego człowieka. Z kolei Izolda walczy o swojego męża, Szajka (Mariusz Bonaszewski), który, po doświadczeniu traumy holokaustu, nie rozpoznaje już świata w prawidłowy sposób. Odys umiera i zamienia się w opowieść, to oznacza, że staje się nieśmiertelny, a duchy rodziny Izoldy żyją w niej i jej mężu, o czym dowiadujemy się z rozmowy Szajka z tajemniczą kobietą (Maja Komorowska). Ta scena jest zresztą bardzo ponętnym połączeniem Dybuków i postpamięci. Dowiadujemy się również, że Elisabeth Taylor nie miała okazji zagrać Izoldy w filmie i dostać za tę rolę Oscara, ale po wielu latach w wieku 70 lat poniekąd staje się Izoldą. Przeżywa własną śmierć, a jej włosy zamieniają się w kolor platynowego blondu - prawie, jak u Izoldy. Doświadcza również śmierci męża, z którym nie mogła się pożegnać - jej Odys czyli Richard Burton, powraca do niej tylko w filmie [7]. Całość prowadzi do kluczowego momentu, którym według mnie jest pojawienie się Claude Lanzmanna (Wojciech Kalarus). Reżyser przytacza pojęcie fikcji dokumentalnej i zastanawia się nad sposobem opowiadania. Krzysztof Warlikowski stawia tym samym pytanie, czy prawda w opowieści ma jakiekolwiek znaczenie? Lanzmann przyznaje się do manipulacji nad sceną z filmu Shoah, w której fryzjer opowiada o ludziach z obozu. Przyznaje się do tego, że wykonujący fryzjerskie praktyki mężczyzna już nawet nie był fryzjerem w momencie, w którym kręcili wspomnianą scenę. Stwierdza, że chciał stworzyć film o śmierci, a nie o przetrwaniu. W jego przekonaniu Holokaust nie ma końca. Pytania o prawdę zdają się być naiwne. Liczy się sposób w jaki opowiadamy.

Krzysztof Warlikowski stworzył przejmującą opowieść, która - jako perfekcyjne świadectwo teatru dyskursu - przywołuje poszczególne opowieści i zestawia je w przestrzeni odejść oraz powrotów. Historię Izoldy podsumować mogą słowa Rebeccy Solnit:

Opowieści są naszym życiem. Każda z nas jest swoją historią - historią, która może być więzieniem, ale także dźwignią, która także posłuży do wywarzenia krat tego więzienia. Wymyślamy historie by siebie ocalić, ale i po to by schwytać siebie lub kogoś innego w pułapkę; historie wynoszą nas w górę, ale i roztrzaskują o mur więzienia lęków i ograniczeń. Wyzwolenie to także również proces opowiadania: ujawniania historii, przerywania milczenia, wymyślania nowych opowieści. Osoba wolna ma własną opowieść. Osoba ceniona życie w społeczeństwie, w którym na jej opowieści jest miejsce [8].

Opowiadamy więc raz za razem. W ostatniej scenie Ewa Dałkowska wciela się w postać starego Żyda. Warto wierzyć w duchy, bo sami je przywołujemy za pośrednictwem opowieści, które - trochę jak Dybuk, którym stała się Dałkowska - nawiedzają ulice Starego Mokotowa.

***

[1] Spektakl został zadedykowany Zygmuntowi Malanowiczowi, który zagrać miał postać Odysa. 4 kwietnia 2021 roku dowiedzieliśmy się o śmierci aktora.

[2] Utwór powstał na podstawie materiałów z reportażu autorki zatytułowanego „Powieść dla Hollywoodu” (Hipnoza, wyd. a5, Kraków 2002).

[3] Hanna Krall, Król kier znów na wylocie, Świat Książki, Warszawa 2006, s. 50.

[4] Spektakl podzielony został na kilka części z czego każda nosi osobny tytuł.

[5] Jacques Derrida, O duchu, tłum. Barbara Brzezicka, PWN, Warszawa 2015, s. 94.

[6] Tamże, s. 101.

[7] Zostaje wyświetlony fragment Doktora Fausta, w którym Richard Burton namiętnie całuje Elisabeth Taylor. Mężczyzna powraca do swojej miłości jedynie za pośrednictwem narracyjnej fikcji, Doktor Faust (Doctor Faustus), Richard Burton/Nevill Coghill, Wielka Brytania 1967.

[8] Rebecca Solnit, Matka wszystkich pytań, tłum. Barbara Kopeć-Umiastowska, Karakter, Kraków 2021, s. 30.

Źródło:

Materiał nadesłany