Przedstawienie "Marii Stuart" Fryderyka Schillera w Teatrze Współczesnym toczy się niemal estradowo. Nie ma dekoracji - tylko wzorzyste gobeliny ściśle pokrywają ściany otwartej sceny bez kurtyny. Z tego, co mówią aktorzy, przybrani w bogate kostiumy, trzeba wyobrazić sobie oczyma duszy kratę więzienną, trawę i drzewa ogrodu czy salę zamkową. Na oczach widzów wnosi się i wynosi skąpe rekwizyty: skrzynię, stół, krzesło, albo też scena pozostaje zupełnie pusta. Na oczach widzów aktorzy ustawiają się do sytuacji, rozpoczynających poszczególne obrazy. I potem wiodą spokojną, powściągliwą, rzeczową rozmowę w której ścierają się z sobą różne poglądy i postawy. Tak Erwin Axer ujął tę bujną tragedię - historyczną, patetyczną, retoryczną, melodramatyczną, awanturniczą. I trochę dętą od szlachetnych uczuć i idei. Schiller - choć przed napisaniem "Marii Stuart" przeprowadził rozległe studia - z materiałe
Tytuł oryginalny
Dwie królowe sceny
Źródło:
Materiał nadesłany
Życie Warszawy