Złośliwości cisną się tu same pod pióro. Droga przez mękę adaptatora i reżysera. A może nawet... Nie chciałabym jednak zbywać złośliwościami tego spektaklu. Oczywiście, adaptacja na scenę takiej trylogii jak powieść-rzeka Aleksego Tołstoja to zamierzenie już nie tyle ambitne co niemal samobójcze. Jak bowiem można przełożyć na język sceny ponad tysiącstronicowe dzieło, w swojej głównej warstwie opisowe i refleksyjne? Można by na to odpowiedzieć, że i owszem, były przekłady, choćby "Wojna i pokój" drugiego, a raczej pierwszego Tołstoja. Adaptacja Piscatora zdobyła sobie uznanie dla swoich zalet scenicznych, jest to Tołstoj skondensowany, ekstrakt, coś w rodzaju rosołu z kury w kostce. Rozpuszcza się taką kostkę i otrzymuje coś, co jest prawie rosołem, albo raczej coś co jest za bardzo rosołem. Z adaptacją Piscatora jest podobnie, na scenie jest aż za bardzo tołstojowska. Ale tak to już jest, skoro się transplantuje utwory z jednego
Tytuł oryginalny
Droga przez mękę
Źródło:
Materiał nadesłany
Zwierciadło nr 48