EN
18.10.2021, 13:15 Wersja do druku

"Dożywocie" – naprawdę Fredry i na dokładkę w Tarczynie

"Dożywocie" Aleksandra Fredry w reż. Michała Chorosińskiego z Teatru Klasyki Polskiej w Gminnym Ośrodku Kultury w Tarczynie. Pisze Piotr Zaremba w Polska Times.

fot. Piotr Babisz/ Teatr Klasyki Polskiej

Trzeci spektakl teatru Klasyki Polskiej. Bez fanfar, a jednak sukces w pracowitym marszu. Jarosław Gajewski i Dariusz Kowalski ścigają się ze starymi mistrzami grającymi kiedyś w „Dożywociu” – z powodzeniem.

Czy mogłem sobie wyobrazić, że będę jechał na premierę klasycznego przedstawienia Aleksandra Fredry w wykonaniu znanych warszawskich aktorów – do Tarczyna? Wprawdzie to 4 i półtysięczne miasteczko oddalone jest od Warszawy jedynie o 50 minut jazdy autobusem, ale teatr ze stolicy raczej tu nie zaglądał. Do teraz.

Teatr Klasyki Polskiej wystawił tam podczas trzech kolejnych wieczorów „Dożywocie”. W pięknym, dużym domu kultury publiczność nagrodziła przedstawienie rzęsistymi brawami. Zaraz potem w dużej mierze ci sami aktorzy pojechali grać do Starego Sącza na południu Polski inną sztukę Fredry – „Zemstę”. Jej premiera odbyła się przed rokiem. Oba spektakle wyreżyserował aktor z Wrocławia Michał Chorosiński, jeden z twórców Teatru Klasyki Polskiej, można by nawet rzec, jego ideologów.

W poszukiwaniu widza

U podstaw nowej instytucji, na razie pozbawionej stałej siedziby i stałego zespołu, słabo też zauważanej przez krytyków, stoją dwa założenie. Po pierwsze takie, że warto grać klasyczne polskie sztuki bez udziwnień i dodatków, bez rozdętego ego reżyserów naginających je do nowych kontekstów. Można odrobinę podkręcać tempo czy bawić się estetyką, ale myśl, intencję autorów zachowujemy.

Po drugie, że teatr może próbować wyjechać poza metropolie. Wiele nawet małych miejscowości, takich jak Tarczyn, dysponuje własnymi scenami w domach kultury, czasem nawet własnymi teatrami bez zespołów. Wystarczy dokonać minimalnego wysiłku i dotrzeć tam. O ile pierwsza oferta bardzo mi odpowiada, drugą traktuję z podziwem – jako cywilizacyjną misję. Choć czy okaże się skuteczna, czy na tak zwanej prowincji czekają tłumy spragnione teatru – to się dopiero okaże.

Publiczność z Tarczyna wydawała mi się początkowo zbyt rozkojarzona, zajęta swoimi smartfonami, spóźniająca się. A jednak ten tekst wziął ją, podbił. Nagradzali brawami nawet poszczególne sceny, co w teatrze współczesnym zdarza się rzadko.

fot. Piotr Babisz/ Teatr Klasyki Polskiej

Dwie pierwsze premiery odbyły się w Warszawie. Obok „Zemsty” był to "Vatzlav" Sławomira Mrożka, sztuka napisana w roku 1968. Jak widać pojęcie klasyki traktowane jest przez tę grupę entuzjastów szeroko. „Vatzlava” reżyserował znakomity aktor, inscenizator, teoretyk teatru prof. Jarosław Gajewski, inny motor napędowy przedsięwzięcia. W dwóch pozostałych Gajewski zagrał, w „Dożywociu” kluczową postać Łatki . Błyskotliwa inscenizacja Mrożka doczekała się niestety jak na razie zaledwie paru przedstawień. Zapewne trudniej jechać z nią w teren niż z wciąż chwytliwymi Fredrowskimi komediami.

„Dożywocie” – lekcja kapitalizmu

„Dożywocie” to o tyle ciekawa rzecz, że Fredrę kojarzymy z dworkami, z resztkami sarmatyzmu, a tu opowiada nam o drapieżnościach kapitalizmu oglądanego jako coś nowego, nakładającego się na dawny obyczaj. Wszystko zostanie rozmiękczone przez finałowy happy end, ale jest on dość pozorny. Bo czy nie zadumamy się nad światem, w którym lichwiarz Łatka narzuca swoje zasady ludziom z kompletnie innej rzeczywistości. Ot choćby ziemianinowi Orgonowi gotowemu przehandlować córkę za dług. W tej scenerii kojarzącej się z „Ziemią obiecaną” może najbardziej ludzkim jest szeroki gest utracjusza Birbanckiego, któremu majątek przecieka przez palce.

To nie jest moja ulubiona sztuka hrabiego Fredry, a przecież muszę przyznać, że jest ona jakoś nietypowa, niepodobna do czegokolwiek. Zarazem sam Łatka to postać niezwykła. Taki jest smętny, taki niemal liryczny w swoim strachu o powodzenie swoich łajdactw, że w końcu wahamy się: a może się nad nim ulitować? Cała kombinacja troski o życie utracjusza Birbanckiego, na którym Łatka zarabia, co zmusza go do odgrywania roli rzewnego samarytanina, jest okazją do najróżniejszych gagów, słownych i nie tylko, ale także do pokazania życiowego arcyparadoksu.

Grali Łatkę: Tadeusz Łomnicki i Jacek Woszczerowicz, Wiesław Drzewicz i Wojciech Pszoniak. To okazja do pobawienia się ludzką naturą, a równocześnie do popisu technicznej sprawności w komediowym fachu. Grał go także sam Jarosław Gajewski – w spektaklu Filipa Bajona z roku 2016, wystawionym w Teatrze Polskim bardzo niewiele razy (aktor zaraz potem odszedł stamtąd do Narodowego). Bajon kreował wtedy świat unowocześniony, w którym główne postaci biegają między maklerami w czerwonych szelkach. Ale język, sposób gry był czysto Fredrowski.

Tu maklerów nie ma. Rzecz cała rozgrywa się w czymś pośrednim między salonem i graciarnią – takie tło wykreowała scenografka Aleksandra Reda. Aktorzy, w kostiumach trochę XIX-wiecznych, a trochę stylizowanych, wiele razy z tej sceny zresztą schodzą wędrując tuż przed widzami, albo pojawiając się w drzwiach na teatralną salę prosto z kuluarów. Jakoś to buduje dodatkową więź z publiką.

„Zemstę” Chorosiński wystawił po bożemu, ale jednocześnie odrobinkę podkręcił. Oglądając przykładowo quasi-erotyczne sceny między Podstoliną i Wacławem nie miało się wrażenia cofania do wieku XIX. Finał sztuki ujawniający zamiar, a równocześnie niemożność porozumienia Cześnika z Rejentem, pobrzmiewał niemal współczesną groteską. W „Dożywociu” jest tego podkręcania jakby mniej. Choć raźne tempo akcji zaczynającej się od prawie współczesnych sekwencji biesiadnych u Birbanckiego czyni widowisko żywym, niemal aktualnym.

Na scenie mamy nawet trzyosobowy zespół muzyczny – nie tylko przygrywa, ale i momentami gada. Błażej Bebenca - skrzypce, Cyprian Komza – kontrabas, Jerzy Matysiak – klarnet czarują nas stylizacjami Marcina Pospieszalskiego. Niestety nie wymieniono ich w programie, co jest może jedynym większym niedopatrzeniem tego przedstawienia.

Na miarę starych mistrzów

Sprawdzianem dla „Dożywocia” jest chyba najsławniejsza scena tej komedii: rozdygotany Łatka nakłania do podpisania transakcji innego lichwiarza Twardosza. On jest uosobieniem gorączkowej, ruchowej i głosowej aktywności, Twardosz – przeciwnie zastyga w upiornym stuporze. Widziałem dzięki telewizyjnym powtórkom jak zagrał to Łomnicki z Tadeuszem Fijewskim. Z kolei w wersji Teatru Telewizji z roku 1968 Woszczerowicz uwijał się wokół kamiennej twarzy Kazimierza Rudzkiego. Starzy mistrzowie!

fot. Piotr Babisz/ Teatr Klasyki Polskiej

Tu Łatka-Jarosław Gajewski biega wokół Twardosza-Dariusza Kowalskiego. I to jest aktorski koncert wedle najlepszych wzorców. Publika reagowała na tę scenę oddzielnie, a Kowalski dostał jeszcze dodatkowe oklaski za konstrukcję postaci, pękatego monstrum o martwym obliczu. W takich chwilach myślę sobie o ciągłości w polskim teatrze. Ona jest. Krucha, ale jest.

Gajewski bawi się podnieconym, nadaktywnym Łatką, z jego wiecznym „a bodaj ci nóżka spuchła”, pokazuje go przez dziesiątki precyzyjnych min i gestów, ale także przez kontrast między łajdactwem, a naprawdę ludzką rozpaczą, strachem, melancholią, histerią. I to już nie jest tylko zabawa, przynajmniej nie w każdym momencie. Myślałem sobie śledząc jego nieubłagane studium, że prawdę o człowieku można odkrywać i w komedyjkach. A „Dożywocie” błahe do końca jednak nie jest. Znakomici aktorzy (piszę także o Kowalskim), znakomite role!

Uzupełniają stawkę pozostali. Bracia Lagenowie, kompani od kieliszka Birbanckiego, doświadczeni żonami, są tu tradycyjnymi ozdobnikami. Łukasz Lewandowski potrafi role komediowe przegrzać, zbyt przerysować, zatracić się w minach. Ale potrafi być w punkt – jak w „Vatzlavie”, gdzie z Arkadiuszem Janiczkiem wykreowali parę rozkosznych Mrożkowych chłopów. I tu także jest w punkt. Lewandowski tworzy znakomity, skontrastowany, także fizycznie, duet z Ksawerym Szlenkierem, aktorem, który wraca na scenę po kilku latach. Nie był znany z ról komicznych, a tu i on zasłużył na oddzielne brawa swoją tyczkowatą nieporadnością. Publika Tarczyńska pilnie takie rzeczy wyławiała.

Tacy jak trzeba są: Paweł Lipnicki (Orgon), Leszek Zduń (Filip), Jakub Kornacki (Doktor Hugo), a studentka V roku Karolina Piwosz zaskakująco dojrzale rysuje postać Rózi, jedynej kobiety, mającej na dokładkę nie za wiele tekstu. Uroczy naturszczyk Henryk Gołębiewski, weteran dziecięcego kina z lat 70., jako służący w hotelu jest taki jak zwykle. To kolejny ozdobnik, zresztą nie po raz pierwszy – w „Zemście” był murarzem.

Miałem pewien kłopot z doświadczonym aktorem Cezarym Łukaszewiczem, znanym z seriali. Podobał mi się jego Wacław z „Zemsty”. Ale inaczej wyobrażałem sobie Birbanckiego. Na dokładkę w początkowym partiach spektaklu aktor był chwilami nadmiernie krzykliwy, chwilami z kolei jakby rozkojarzony. Poprawił się wygłaszając nieco odjechany monolog na stole. W 100 procentach mnie nie przekonał, ale dobre i to. Może to kwestia dnia?

Ciekaw jestem, ile przeżyje to „Dożywocie” na scenie, a właściwie na różnych scenach. I czy uda się marsz z kolejnymi, może jeszcze trudniejszymi, gdy myśli się o ekspansji, ofertami. Na wskroś nowoczesny Tomasz Man ma robić dla Teatru Klasyki Polskiej dydaktyczny, oświeceniowy „Powrót posła” Niemcewicza.

W każdym razie już dziś wystawiam celujący za podwójny kierunek poszukiwań: przywracanie klasyce dawnych sensów i spotkanie z Polakami. I życzę szczęścia. Mogę zajechać na Waszą kolejną premierę nawet gdzieś dalej. Choć wróżę wam bez solidnych środków finansowych drogę pod górkę.

Ale już dziś Jarosław Gajewski, a Dariusz Kowalski oferują nam takie studia nad człowieczeństwem, że śmiejemy się, a po plecach pełznie dreszcz.

Tytuł oryginalny

„Dożywocie” – naprawdę Fredry i na dokładkę w Tarczynie

Źródło:

polskatimes.pl
Link do źródła

Autor:

Piotr Zaremba

Data publikacji oryginału:

18.10.2021 09:54