EN
29.03.2023, 15:02 Wersja do druku

Czy tęsknię za PRL-em?

„Nasz mały PRL” Izabeli Meyzy i Witolda Szabłowskiego w reż. Moniki Janik-Hussakowskiej w Nowym Teatrze im. Witkacego w Słupsku. Pisze Jolanta Nitkowska-Węglarz.

fot. mat. teatru

27 marca zakończyło się znakomite słupskie przedsięwzięcie teatralne „Trzy Teatry”, w którym przez tydzień widzowie mogli, jak w kalejdoskopie, obcować z minionym sezonem artystycznym w „Tęczy”, „Nowym Teatrze” i „Rondzie”. 17 wydarzeń i pokaz znakomitej współpracy trzech słupskich teatrów. Wydarzenie jedyne w swoim rodzaju w skali kraju. Finałem przeglądu było docenienie twórców i wręczenie tegorocznych nagród zarówno plebiscytu publiczności jak i dyrektorów poszczególnych scen.

Święto teatru zamykał także spektakl „Nasz mały PRL”, którego pomysł zaczerpnięto z książki „Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem”. Autorzy- para dziennikarzy Izabela Meyza i Witold Szabłowski postanowiła w 2011 r. dokonać autentycznego powrotu do funkcjonowania w późnym PRL-u. To miał być eksperyment obyczajowo - społeczny.

Na pół roku zamieszkali wraz z córeczką w M-3 z wielkiej płyty, próbując maksymalnie odwzorować codzienność przełomu lat 1981/82 (bez elementów politycznych). Po zakończeniu eksperymentu swoje doświadczenia spisali w książce. Ta zaś stała się materiałem, który na scenę przeniosła aktorka słupskiego teatru – Monika Janik-Hussakowska. W rozmowie z Gabrielą Pewińską-Jaśniewicz na pytanie: - Jaki będzie ten PRL w pani spektaklu? reżyserka odpowiedziała: - Jednocześnie szary i kolorowy, radosny i sentymentalny, współczesny i historyczny. Spektakl będzie kolażem różnych sytuacji, zbiorem, cytując Korę, „setek miraży”, a całość okraszona będzie właśnie muzyką z tamtych lat. To, co mnie najbardziej zainteresowało w tym eksperymencie to spojrzenie na dzisiejszą Polskę przez pryzmat tamtych czasów i obserwowanie, co tak naprawdę się zmieniło przede wszystkim w nas samych. Ale też zadaję pytanie, co straciliśmy po zmianie systemu, a co zyskaliśmy?

Prostej odpowiedzi na to nie ma!

Nie miałam okazji wcześniej zobaczyć tego spektaklu, choć bardzo chciałam. Moja rodzina zareagowała na apel dyrektora teatru Dominika Nowaka , który poszukiwał mebli peerelowskich. Odzew był wielki, ale magazyn był zbyt mały, by pomieścić darowizny wszystkich wspierających pomysł wystawienia sztuki z oryginalnymi meblami z epoki.

Ostatecznie na scenie wylądowała autentyczna meblościanka ”na wysoki połysk” (spełnia mnóstwo funkcji - od magazynu, poprzez drogę przemieszczania się, aż do ozdoby wnętrza), niewygodna ława, przy której obiad jadło się zatykając uszy kolanami, obowiązkowy dywan „turecki” i wózek dla dziecka. Kultowy mały fiat - samochodzik, o którym marzyły miliony Polaków także znalazł się na scenie (skąd oni go wytrzasnęli?). Oczywiście nie zabrakło trzepaka - podwórkowego facebooka z tamtej epoki. W kącie sceny świetnie zagrało swoją rolę „Opole” – mini symbol festiwalu i życia muzycznego. Jego obecność współgrała z przebojami muzycznymi, które lata później trafiały do sal weselnych i dancingowych. Szare wieżowce w tle dopełniały fajnej, oszczędnej scenografii Barbary Guzik.

fot. mat. teatru

A na scenie…. powrót do znakomitych tradycji Państwowego Teatru Muzycznego w Słupsku, który od 1977 r. windował miasto coraz wyżej na drabinie artystycznej Polski, aż do czasu, gdy przeszedł kapitalizm i zniszczył tę placówkę, a później także miasto wojewódzkie. To była moja pierwsza myśl! W PRL sztuka była w rozkwicie! Stwierdzam to z autopsji. Potem dałam się wciągnąć zabawie, choć nie raz mruczałam pod nosem: "wcale tak nie było!"... Służba zdrowia może i była siermiężna, ale chory nigdy nie odchodził od drzwi z kwitkiem. Jedzenie może i było trudne do kupienia, ale było zdrowe i nikt głodny nie chodził! Praca nie była rarytasem, a młodzi nie musieli uciekać do metropolii, by ją znaleźć!...
Burczałam sobie pod nosem, ale śmiałam się z polowania na papier toaletowy, zestawu „kultowych” kosmetyków i zastawionych stołów, mimo pustek w sklepach i przydziałowych kartek.

Urzekł mnie Wojciech Marcinkowski w damskim przebraniu. Miałam przed oczami Hankę Bielicką i jej Dziunię Kociubińską, która wszystko wie i wszystkim może doradzić wszystko, na każdy temat. Nie wiem, czy bardziej doceniam świetne aktorstwo czy fakt, że wykonawca sam się znakomicie bawił na scenie? Zresztą wszyscy śpiewający stare przeboje aktorzy słupskiego teatru byli dla mnie wielką wartością dodaną. Chyba tylko „Boskie Buenos” Manaam powstało w konkretnym 1981 r., inne piosenki są starsze, nawet dużo starsze (choćby Połomskiego). Ale to nie przeszkadza, by podziwiać odkryte na nowo, z atrakcyjnymi aranżacjami, stare przeboje. Łatwe do zaśpiewania, powszechnie znane.

Zadziwiła mnie jednak dancingowa „Kochanie, jak się masz”, której dano zupełnie nowe, oryginalne życie. Dla mnie cały ten spektakl iskrzył humorem i dobrą zabawą, wywołując salwy śmiechu na widowni. Ja śmiałam się z samej siebie, bo każdy ze stereotypów pojawił się przecież w mojej przeszłości. Zapisywałam się do kolejek po towary, które dopiero „mieli rzucić”, cieszyłam się z pomarańczy pojawiających się przed świętami, przerabiałam stare ciuchy na modne kiecki, marzyłam o oryginalnych Wranglerach - kupując polskie Odry. Słuchałam aktorów na scenie, a w moje głowie wyświetlał się film ze wspomnieniami. Dobrymi i strasznymi. Urodziłam się przecież w stalinowskim socjalizmie i przeszłam przez wszystkie czasy bierutowskie, gomułkowskie, gierkowskie….

Każdy z mojego pokolenia miał na karku swój własny peerel. Na szczęście spektakl nie był ich sumą! Półroczny prawdziwy eksperyment stał się dla pary młodych dziennikarzy okazją do zapytania Polaków, co utraciliśmy po transformacji? Dlaczego tak trudno nam się dziś dogadać? Dlaczego nie reagujemy na „dzień dobry” w sklepie? Dlaczego boimy się rozmów? Dlaczego nie wspieramy się już w codzienności? Dlaczego ja dziś tęsknię za ludźmi z peerelu? Dlaczego...

Źródło:

Materiał nadesłany