EN
08.01.2022, 17:52 Wersja do druku

Bełkotliwy wodewil

'Wieczór Trzech Króli albo Co chcecie” Williama Shakespeare’a w reż. Piotra Cieplaka w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Temida Stankiewicz-Podhorecka w Naszym Dzienniku.

fot. Fot. Krzysztof Bieliński / Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Na przestrzeni wielu lat widywałam na scenach teatralnych utwory Szekspira zrealizowane według najróżniejszych pomysłów reżyserskich, także tych głupich i całkowicie bezsensownych. Jednak muszę powiedzieć, że z ogromnym zdumieniem i estetycznym niesmakiem obejrzałam przedstawienie „Wieczór Trzech Króli albo Co chcecie” w reżyserii Piotra Cieplaka na scenie Teatru Narodowego w Warszawie. Tak kompletnie głupiej i niczym nieuzasadnionej w owej głupocie inscenizacji tej szekspirowskiej komedii nigdy dotąd nie widziałam. Chodzi o formę przedstawienia. Piotr Cieplak umyślił sobie wystawić ten utwór jako „coś” śpiewanego. Piszę „coś”, albowiem trudno określić, do jakiego gatunku owe dziwaczne śpiewy przypisać. Reżyser pewnie chciałby, abyśmy odbierali ów spektakl jako pastisz opery czy operetki. Gdybyśmy jako widzowie tak właśnie tę rzecz określili, byłaby to niezasłużona nobilitacja dla tego widowiska.

„Wieczór Trzech Króli albo Co chcecie”, ostatnia komedia Szekspira (wszystko, co po niej napisał, nie należy już do tego gatunku), uważana jest przez szekspirologów za jego najlepszą komedię. Zarówno pod względem konstrukcyjnym dzieła, sposobu prowadzenia narracji, powołania barwnych postaci (każda ma swoją własną osobowość, własny charakter i sposób wysławiania się, inny od pozostałych postaci, a także własną vis comica), jak i w ogóle pod względem artystycznym. Utwór składa się z wielu wątków (rozdzielone rodzeństwo wskutek katastrofy okrętu szuka siebie wzajemnie, Viola przebrana za chłopca w celu poszukiwania brata i wynikające z owej przebieranki zabawne sytuacje, nieudane zaloty księcia Orsina do hrabiny Oliwii, ośmieszony Malvolio), które w zasadzie są prowadzone paralelnie i których motywy przewijają się przez całą akcję, aż do finału, gdzie spotykają się wszyscy bohaterowie, ustępują napięcia emocjonalne i wyjaśniają się wszystkie zawikłane zagadki i nieporozumienia. Całość utworu przeniknięta jest atmosferą zabawy, lirycznymi i romantycznymi uniesieniami zakochanych oraz melancholijno-filozoficzną refleksją błazna, z dystansu spoglądającego na wydarzenia. A zakochane pary wstępują w związki małżeńskie.

Natomiast w przedstawieniu Piotra Cieplaka niektóre postaci dramatu zostały wycięte, innym zmieniono interpretację, a całość poprzez fatalną adaptację reżysera w kierunku wspomnianego, dość bełkotliwego pseudowodewilu została pozbawiona znaczeń nadanych komedii przez Szekspira. Owa bezsensowna ingerencja twórców spektaklu w tkankę utworu oryginalnego nie znajduje tu żadnej motywacji ani stricte artystycznej, ani intelektualnej, ani żadnej innej. Także prowadzenie aktorów przez reżysera jest wielkim nieporozumieniem, albowiem wygłupy na scenie zamiast kreowania ról nie podnoszą poziomu artystycznego spektaklu, lecz przeciwnie.

A już to, co wyprawia Wiktoria Gorodeckaja, udając (bo tak to trzeba określić) hrabinę Oliwię – przechodzi wszelkie oczekiwanie. Aktorka „śpiewa”, a właściwie wrzeszczy i krzyczy histerycznie, zachowując się przy tym dziwacznie. Malvolio w wykonaniu Jerzego Radziwiłowicza jest jakimś sztucznym konstruktem ucharakteryzowanym na kwadratowy postument, natomiast Mariusz Benoit jako sir Andrzej Chudogęba czuje się wyraźnie obco w tej roli. Tak przynajmniej można to odczytać z pozycji widza. Świetnie zaś obroniła się przed „prowadzeniem” reżyserskim Joanna Kwiatkowska-Zduń w roli przeuroczej, dowcipnej i dynamicznej Marii, pokojówki hrabiny Oliwii. To najlepsza rola w spektaklu. Aktorom nie pomaga też scenografia w postaci roślinności jeżdżącej na kółkach (to ukłon w stronę polityki klimatycznej?). Wspaniała komedia Szekspira w ujęciu Piotra Cieplaka jest nudnym, pozbawionym humoru i sensu trzygodzinnym bełkotem o niczym.

Ten spektakl to kolejny przykład na to, że dziwactwo bezsensownych pomysłów reżyserskich nie ma granic. Bywało przecież, że najsłynniejszy bohater Szekspira, Hamlet, wygłaszał swój znany monolog „Być albo nie być” ustawiony w pozycji do góry nogami. Właściwie nic już nie dziwi w sposobach inscenizacji. Jawi się tylko pytanie: po co? Dlaczego nie zawierzyć autorowi, który pisząc dramat, umieszczał jego akcję w odpowiedniej epoce, tworzył postaci, które były nośnikami pewnych informacji wpisujących się w tamten właśnie czas. Treści zaś uniwersalnych, które mają wartość ponadczasową i wybrzmiewają także i dziś, nie trzeba na siłę „unowocześniać”, bo one już poprzez zawartą w nich mądrość są współczesne i zarazem nowoczesne. Łączą przeszłość z teraźniejszością. A odzieranie oryginalnych dzieł autorskich, zwłaszcza utworów klasycznych, z tego, co jest ich istotą, że tak powiem: rdzeniem ich żywotności, jest po prostu działalnością niszczycielską.

Tytuł oryginalny

Bełkotliwy wodewil

Źródło:

„Nasz Dziennik” nr 5/08.01