20.07.2020, 09:55 Wersja do druku

Be my guest

"Dobrobyt" wg scenariusza Juli Jakab, Árpáda Schillinga i Évy Zabezsinszkij w reż. Árpáda Schillinga w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Pisze Maciej Stroiński w Przekroju.

fot. Szymon Rogiński

W niedziele wyborcze mam szczęście oglądać spektakle w teatrze – i to mimo epidemii! Wybory parlamentarne 2019: Capri w stołecznym Powszechnym, pierwsza tura prezydenckich: Nad Niemnem w Lublinie, druga tura: Dobrobyt w Powszechnym. Następna taka okazja jakoś za trzy lata, chyba że samorządowe albo europejskie wypadną po drodze. Na unijnych chciałbym obejrzeć coś importowanego, może w reżyserii z zagranicy, a na samorządach – jakąś nową Strzępkę.

Árpád Schilling, znany chociażby z przedstawienia Loser, nie tylko przywozi spektakle nad Wisłę, ale też wystawia u nas – może pamiętają Państwo jego Upadanie, o którym pisałem równiutko dwa lata temu. Schilling to twórca węgierski kreujący poza krajem, po różnych tam Polskach. Emigrował z Węgier z przyczyn wiecie jakich. Ma chwalebną kartę antysystemową, ponadto plusika za swą zagraniczność, bo nie dusi się na co dzień w naszym sosie własnym i choć może o tym nie wie, wpuszcza nam świeże powietrze. Ostatnio popiera węgierskich studentów sztuki, którzy protestują, bo aparat się uwłaszcza na ich szkole wyższej. Żeby się nie stało jak u Demirskiego: „Sprywatyzować / skomercjalizować / i zamknąć / dziękuję” (Był sobie Andrzej Andrzej Andrzej i Andrzej).

Dobrobycie Schilling ciągnie wątek „dekadencki”, temat upadania z wysokiego konia. Oglądamy nędzę klas posiadających, zepsutych od zamożności jak zęby od cukru. Bohaterowie – Bogaty Mężczyzna i jego, mówiąc za piosenką zespołu Die Antwoord, współmałżonka typu rich bitch – cierpią na problemy swojego pierwszego świata, czemu się przygląda społeczny stan średni, ani biedni, ani bogaci, świat nie „pierwszy” i nie „trzeci”. Klasa średnia też ma ciężko, ale jej problemy są drugiego świata. Dramatis personae praktykują w parze wzajemne okłady z witek jak w rosyjskiej bani.

Do hotelu przyjeżdżają młodzi, w miarę jeszcze nieskażeni, którzy wygrali weekend na loterii, i są „pięknie ugoszczeni”. Jak wpłynie na nich to niezasłużone szczęście? Czy pobyt w luksusie przewróci im w d…? I ile kosztuje to, co jest „za darmo”?

fot. Szymon Rogiński

Przesłanie spektaklu – antymieszczańskość, antykonsumpcjonizm – przypomina trochę kieleckie dzieło Uny Thorleifsdottir, artystki sceny z Islandii, która też uprawia krytykę społeczną w stylu lat 90. Wśród innych odniesień Árpáda Schillinga widzę Matnię Polańskiego (Cul-de-sac, 1966), filmy Buñuela, zwłaszcza ten o burżuazji, i czemu nie – Boga mordu Rezy. Chodzi głównie o thrillery o „strasznych mieszczanach”, którzy „mają za uszami”. Schemat Państwo znają: zaczyna się niewinnie.

Chciałbym, by artyści polscy wzięli ten spektakl do siebie – żeby siebie zobaczyli w tych, z których się śmieją. Niechaj ich Lehrstücke, sztuka uświadamiająca, sama ich czegoś nauczy. Na przykład, że nie wypada brać agonii George’a Floyda jako inspiracji wizualnej. Taki manewr to nieuprawnione przechwycenie, cultural appropration, i użyłbym zarzutu na „r”, lecz nie jestem taki i nie gram w te szachy. Za to przejrzeć się w Dobrobycie byłoby tylko z korzyścią, zobaczyć swoją dystynkcję, swą pogardę dla klas „niższych”. Mam nadzieję, że Dobrobyt jest spowiedzią własnych grzechów. Uczcie się od Strzępki, która robi z mieszczaństwa kabaret i my, mieszczanie, kochamy ją za to.

Spektakl Árpáda Schillinga przedstawia scenki z życia klasowego, różne wersje poniżenia, co – tak jak w Woyzecku – doprowadza do tragedii. Robi się prawie lynchowsko. Jedna grupa swoje szczęście buduje na cudzej biedzie. Coś to komuś przypomina? Można powiedzieć, że widzimy walkę klas, lecz też brak jej rozwiązania. Zawsze ktoś zapragnie, żeby być tym lepszym.

Na Dobrobyt przyszedłem z koleżanką hungarystką i dla niej to była historia o Węgrzech, o ich sytuacji socjalno-duchowej, ale może dla niej wszystko jest o Węgrzech, jak dla mnie wszystko o kampie? Spektakl dzieje się gdziekolwiek, gdzie jest nierówność społeczna, czyli w skrócie mówiąc – wszędzie. Wątek wampiryczny faktycznie węgierski, a nawet austro-węgierski. Scenariusz tłumaczył na polski pan Daniel Warmuz.

Bardzo lubię patrzeć, gdy Wiktor Loga się złości, tzn. gdy to odgrywa. Robi to tak celująco… On powinien występować w wysokim repertuarze, w żelaznych klasykach, kiedyś zagrał w Mewie albo w Woyzecku, albo nawet w Brechcie, i tam był na miejscu, a tu trochę nie pasuje do realizmu kuchenno-hotelowego. To jest aktor z ambicjami, który potrafi odmówić nawet Krystianowi Lupie. Czasem powinien odmówić sam sobie, trochę spuścić z tonu i się wyluzować, bo jak pokazuje chociażby Klara Bielawka, jego koleżanka z roku, graniem można się też bawić (por. Marta Waldera w spektaklu Plastiki, gdzie również zagrała Putzfrau).

Ciekawie wypadła aktorka Ewa Skibińska jako pani na hotelu w obcisłych skórzanych spodniach i na miedzianych platformach. Jej przesłodzone na początku, reklamiarskie granie zyskuje na grozie… Anna Ilczuk, jej koleżanka jeszcze z Wrocławia, gra beneficjentkę i świetnie jej idzie.

Spektakl nie ma scenografii. Znowu te cegły i kaloryfery górujące z tyłu, a mnie naprawdę wyobraźni już nie starcza, by apiać coś podkładać pod to, wizualizować sobie. Podłoga i ściany to tylko podkład do wnętrza, „stan deweloperski”. Bufet Powszechnego nazywa się Stół Powszechny, to może ten nagi dekor na każdą okazję nazwać Mur Powszechny? Widać rury na tle cegieł i nie ma szansy zapomnieć, że się jest w teatrze. Nie po to idę na spektakl, by „być na spektaklu” – taka to jest dziwna sprawa. Kiedyś przedstawienia działy się w Wenecji, w Londynie, w Berlinie lub chociaż na Sachalinie, a teraz – w teatrze. Widzowie w Powszechnym mogliby mieć wypłacane za współaranżację wnętrza, bo robią to, siłą rzeczy, własną domyślnością. Plastyczna samoobsługa, it’s all in the eye of the beholder. Tyle sprawiedliwie, że lista płac dzieła nie przewiduje nic dla scenografa. Ciuchy proste, użytkowe, na przykład „letnicy” chodzą tu w białych szlafrokach.

Dobrobyt Schillinga daje się obejrzeć, nie krzywdzi nikogo i jak na Teatr Powszechny jest tytułem wyważonym.

Tytuł oryginalny

Be my guest

Źródło:

Przekrój online

Autor:

Maciej Stroiński