22.02.2021, 16:18 Wersja do druku

Andrzej Grabowski: Kobiety lubią chuliganów

Podchodzi mężczyzna, prosi o autograf. Byłem zadowolony, że nie mówi: "Ferdek, daj mi autografa". Napisałem, a on: "Chcę podziękować, że spotkałem większego debila niż ja". Rozmowa Doroty Wodeckiej z aktorem Andrzejem Grabowskim w Gazecie Wyborczej.

fot. Kasia Chmura

DOROTA WODECKA: Wszędzie ma pan książki.

ANDRZEJ GRABOWSKI: Wszędzie. Przeczytałem może jedną dziesiątą i wątpię, żebym przeczytał wszystkie. Zwykle czytam te, które już przeczytałem. Proszę zobaczyć, co ostatnio znalazłem w kawiarni, gdzie ludzie zostawiają książki na wymianę...

„Batory szuka lądu”?

– Seria „Tygrysy”! Zaczytywałem się w niej w dzieciństwie. Przed każdym Bożym Narodzeniem czytam „Opowieść wigilijną”. Miałem egzemplarz z domu rodzinnego, wyświechtany, z rogami zbrązowiałymi od oślinionych palców, ale zgubiłem go w trakcie przeprowadzki. Aż kiedyś kupiłem reprint tamtego wydania i znów przed Wigilią czytam. Inżynier Mamoń powiedział, że lubi tylko te piosenki, które zna, i mam to samo z książkami. Lubię czasem sięgnąć po „Ogniem i mieczem”…

Sienkiewicz?

– Niech się pani tak nie krzywi, przecież nie czytam od deski do deski – tylko kilkanaście stron. A już ten wspaniały początek: „Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia”, przenosi mnie nie na Dzikie Pola, tylko do samego siebie sprzed wielu, wielu lat, co jest przyjemne. Nie mówiąc już o „Dzieciach z Bullerbyn”, które przypominają mi moje dzieciństwo w Alwerni. Cudowna książka.

Ale po co czytać to, co już przeczytane?

– Może to obrona przed dniem dzisiejszym? Ja chcę żyć wczoraj. To głupie, wiem, ale tak właśnie chcę.

Co jest nie tak z dzisiaj?

– Pani na poważnie?

Pan w ogóle to „dzisiaj” dostrzega, pracując od rana do nocy?

– Miałem kiedyś cztery dni wolne i popadłem w paranoję. Coś przeczytałem, coś obejrzałem i pomyślałem: rany boskie, nic nie robię. Wsiadłem do auta i jeździłem bez celu. Jazda samochodem kojarzyła mi się z pracą, bo mieszkam na wsi i żeby pracować, muszę dojechać na plan czy na koncert. I tak sobie jeżdżąc, uspokoiłem się.

Po co pan tak haruje?

– No właśnie. Często sobie zadaję to pytanie i nie znajduję odpowiedzi. Dzisiaj rozmawiałem ze znajomą, która ma wspaniałe usposobienie, bo we wszystkim dostrzega pozytywy. Budzi się rano i jest szczęśliwa, że pada deszcz, następnego dnia cieszy się, że świeci słońce, by kolejnego zachwycać się mgłą. Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią się cieszyć z tego, że żyją, że są, że się obudzili. Ze wszystkiego właściwie.

Pan tego nie ma?

– Nie na tyle, żeby żyć w spokoju. A kiedy pracuję, czuję, że jestem potrzebny. Niekoniecznie innym ludziom, bo nie mam o sobie aż takiego mniemania, ale mam przekonanie, że to, co robię, jest potrzebne mnie.

Praca zagłusza niepokój?

– Tak, bo kiedy się czymś zajmuję, to nie popadam nagle w otchłań, w czeluść beznadziei. Mam nadzieję, że nie mam depresji, ale dręczy mnie niepokój, który ustępuje, kiedy zaczynam pracować. Mój zawód jest o tyle wspaniały, że wchodzę w inną postać i przez chwilę nią żyję. Myślę i zachowuję się jak ona. I jestem Andrzejem Grabowskim, który przygląda się, co wyprawia Andrzej Grabowski, gdy jest księdzem, doktorem Swobodziczką albo doktorem Granadą w „Pod Mocnym Aniołem”, Gebelsem w „Pitbullu”, Arganem w „Chorym z urojenia”, Ferdkiem Kiepskim i tak dalej, i tak dalej.

A kiedy pan się spotyka z Andrzejem Grabowskim?

– Staram się tego nie robić.

Dlaczego?

– Dobra, spotykam się, ale z Andrzejem Grabowskim sprzed lat. Z tym, który był dzieckiem, młodzieńcem, studentem i aktorem u progu, nazwijmy to, kariery. Spotykam się z nim i z jego przyjaciółmi, którzy żyją albo już nie żyją. Kiedy dowiedziałem się dzisiaj o śmierci Krzyśka Kowalewskiego, to pomyślałem, że ten ktoś na górze musi kompletować obsadę do jakiejś sztuki i wybiera sobie aktorów – Ryśka Kotysa, Darka Gnatowskiego czy Piotrka Machalicę.

Co tamten Andrzej Grabowski ma panu do powiedzenia?

– Chłopie, uspokój się. Przestań. Wróć do czasu, kiedy nie byłeś aż tak odpowiedzialny za samego siebie. Gdy byłeś sobą, swobodny i wolny od różnych upiornych myśli, depresyjnych stanów i dołowania. Od myśli o tym, że jesteś już stary i za chwilę może będziesz niedołężny. Więc zwykle o tym rozmawiamy, mimo że powinienem z nim rozmawiać o czymś weselszym.

A to jest smutne?

– Normalne raczej. Każdy z nas, starzejąc się, zaczyna analizować swoje życie i nagle sobie uświadamia, że perspektywa 15 czy 20 lat, która kiedyś wydawała mu się nieskończonością, nagle jest ograniczona. Myślałem kiedyś: co to jest 15 lat? Za 15 lat będę miał trzydziestkę. Co to jest 45 lat? Dziś perspektywa 15 lat jest dla mnie perspektywą lat osiemdziesięciu kilku. Może mnie już do tego czasu nie być. Ale nie boję się, bo w myśleniu o śmierci bliski jestem epikurejczykom, którzy jej nie uznają.

No tak. Dopóki jesteśmy, nie ma śmierci, a kiedy przychodzi, nie ma nas.

– Nas śmierć nie dotyczy, skoro już jesteśmy poza jej granicami, a dopóki jej nie przeżyliśmy, to również nas nie dotyczy. Łatwo to filozofom powiedzieć, ale trudniej samemu strawić. Moja mama zmarła, mając 93 lata. Kiedy mieszkaliśmy w Krakowie, odwiedzaliśmy ją co tydzień. Jednego razu zapytała moją córkę: „Kasiu, powiedz mi, ile ja mam lat”. „Babciu, 91”. Mama zastanowiła się i powiedziała: „Boże drogi, czy ja we wszystkim muszę przesadzać?”. Umysł miała sprawny do ostatnich dni, ale, niestety, ostatnie lata spędziła w łóżku.

Starość to lęk największy?

– Czy ja wiem? Nie, ja się nie boję starości, no bo czego tu się bać? Ja rozumiem, że można się bać czegoś, czego można uniknąć, ale jak się bać nieuniknionego? Starość przede mną albo właśnie przy mnie. Ktoś kiedyś powiedział, że człowiek ma dwa życia, a to drugie zaczyna się wtedy, kiedy uświadamia sobie, że to pierwsze się skończyło. Że weszło w smugę cienia.

Trochę banalne, nie?

– A co jest niebanalne? Życie nie jest banalne? Polecam Martina Heideggera, którego kiedyś zresztą grałem. A miłość albo śmierć nie są? Cała kultura jest opowieścią o życiu, miłości i śmierci, a liczy się tylko to, jak ten banał zostanie namalowany, opisany, skomponowany czy zagrany. Bo tylko to zostanie. Czy pani zna wiersze Jesienina?

Mam na półce, ale nie znam na pamięć, jak pan.

– W tłumaczeniu Kamieńskiej czy Broniewskiego? Bo ja jestem do tych tłumaczeń szczególnie przywiązany. Kiedyś prowadziłem z Agnieszką Wolny-Hamkało magazyn literacki „Hurtownia książek” i przy okazji nowego tłumaczenia poezji Jesienina przez Adama Pomorskiego zaprosiliśmy do studia Janusza Głowackiego z Oleną Leonenko. Myślałem, że Janusz będzie się z Jesienina wyśmiewał, jak na cynika przystało, ale się okazało, że on go kocha tak samo jak ja, nie mówiąc o Olenie, która zrobiła monodram z jego poezji w reżyserii Żuka Opalskiego. Rozmawialiśmy o ostatnim jego wierszu, czyli:

Żegnaj, przyjacielu, do widzenia,
Drogi mój, od krwi serdecznej bliższy.
Ta rozłąka w ciemnych przeznaczeniach
Obietnicą połączenia błyszczy.
Żegnaj. Bez uścisku dłoni i bez słowa.
Nie martw się, cień smutku z czoła przegoń.
W życiu ludzkim – śmierć to rzecz nienowa,
A i życie samo – nic nowego.


Napisał go własną krwią i popełnił samobójstwo. Agnieszka mówiła, że to banał nad banały napisać wiersz krwią i się zabić, a my z Januszem broniliśmy jego gestu. Różnie podchodzimy do życia. Jeden powie, że coś jest banałem, a drugi dostrzeże w tym coś nadzwyczajnego.

Janusz Głowacki napisał, że Siergiej Aleksandrowicz Jesienin jest dla starszych Rosjan rodzajem świętego, dla młodszych – rosyjskim Jimem Morrisonem. Kiedy stał się ważny dla pana?

– Poznałem go na studiach, przez doktora Stanisława Mrazka, mojego profesora od historii teatru polskiego, który wyjątkowo mnie lubił. Nie wykluczam, że z powodu wspólnych zamiłowań do spożywania rozmaitych trunków. Przychodził do akademika o godzinie trzeciej w nocy, ściągał mnie z łóżka i recytował wiersze o wódce, o piciu, o prostytutkach i o przegranym życiu. Bywało, że kończył swoje monodramy świtem, po czym razem szliśmy do szkoły, gdzie od ósmej rano on prowadził wykład, na którym ja prawie spałem. Po pewnym czasie umiałem większość tych wierszy na pamięć i recytowałem je nocami razem z profesorem Mrazkiem.

„Lubię poetów, zabawne to towarzystwo i w nich znajduję historię znajomą” – powiada pan w spektaklu „Spowiedź chuligana” opartym na jego poezji. W czym wasze historie są znajome?

– Czułem z nim bliskość, bo moje życie wydawało mi się podobne do jego życia. Hulanki, kochanki i miłość. Ja też w alkoholu topiłem spojrzenie, ja też byłem odrzucany przez kobiety, które kochałem, albo odrzucałem te, które mnie kochały. Pracowałem dużo, jak on, i nie chciałem z życia, jakie prowadziłem, rezygnować. Kojarzyło mi się z wolnością od egzystencji przytłoczonej sztywnymi zasadami, indoktrynacją i ideologią. Poza tym kobiety lubią chuliganów.

Wątpię. A może…

– Kiedy pracowałem w teatrze w Tarnowie, zdarzało mi się w czasie imprezy wchodzić na stół i z flaszką wódki w ręku recytować i śpiewać wiersze Jesienina. I kobietom się to bardzo podobało, z czego nie ukrywam – korzystałem. Ale też piękny jest jego wiersz „List do kobiety”:

Pani pamięta –
tak, na pewno pani pamięta,
jak stałem milcząc,
o ścianę oparty,
pani wzburzona była i przejęta,
i słów mi nie szczędziła
złych i twardych.
Pani mówiła,
że rozstać się musimy,
że dosyć ma już
udręk tych i szaleństw,
że jej pisane zająć się czymś innym,
rozsądnym,
mnie zaś –
w dół się toczyć dalej.


Wiele kobiet mi to mówiło. Twierdziły, że nic dobrego mnie w życiu nie czeka, dlatego i ten wiersz traktowałem bardzo osobiście.

Tak pan wtedy o sobie myślał?

– Niewiele wtedy myślałem. Żyłem. Ale one, kiedy mnie zostawiały, prawdopodobnie czuły to, co pisze Jesienin: „Nie kochała mnie już pani. I nie wiedziała, że w przechodniów tłoku byłem jak szkapa zagoniona w pianie, z ostrogą jeźdźca bezwzględnego w boku”.

Czyli o miłości musimy porozmawiać.

– Mój przyjaciel Janek Nowicki, kiedy potajemnie się ożenił, zadzwonił do mnie z tą nowiną dopiero po jakimś czasie. Byłem świadkiem na jego ślubie z Małgośką, z którą się rozwiódł, a on świadkował na moim ślubie, po czym i ja też się rozwiodłem. Kiedy zadzwonił powiedzieć, że ożenił się z Anią, zapytałem: czemuś mi nie powiedział? A, bo byłeś do dupy świadkiem. Tyś też był do dupy, zauważyłem i zapytałem, jak mu z tą Anią. A Janek powiedział coś pięknego: „Wiesz co, ona jest dla mnie dobra i ja jestem dla niej dobry. Cóż więcej potrzeba?”.

Ale co to znaczy być dobrym?

– To znaczy starać się siebie rozumieć, być tolerancyjnym, wybaczać, dostrzegać dobro w drugim człowieku, a nie przypisywać mu złe intencje.

Pan to wszystko potrafi?

– Opowiadam o swoim wyobrażeniu o miłości. Że jest nią odpowiedzialność za wspólne życie, za słowa, które się mówi, i za czyny. To zdolność do kompromisów. Kiedy miałem 20 czy 30 lat, miłość równała się hormonom, ale dziś jest odpowiedzialnością. Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem wolny od działania hormonów.

Nie nudzi pana ta sama gra, która prowadzi do konstatacji, że znów się nie udało?

– Człowiek zawsze myśli, że się uda. I rozpoczyna kolejną grę, bo jak śpiewała Irena Santor: „Każda miłość jest pierwsza, najgorętsza, najszczersza, wszystko w nowy przystraja blask”. I miała rację.

Doświadczenie nie jest właściwszym doradcą?

– Ktoś powiedział, że ludzie się tylko starzeją, ale nie dorastają. Ja chcę być niedorosłym.

Dlaczego?

– Bo młody człowiek nie myśli, nie analizuje, nie kalkuluje, co będzie, jeżeli postąpi tak, a nie inaczej. Mam wrażenie, że to dziecko we mnie niczym anioł stróż szepcze mi do ucha: nie bój się tej dziury na twojej drodze ani płotu, który stoi przed tobą. Przeskocz je, tak jak je przeskakiwałeś w dzieciństwie. Nie bój się tych ludzi, bo oni nic ci złego nie zrobią, a na tych uważaj. Czy ja przeskoczę przez płot, czy poszukam furtki, to inna sprawa, ale chcę słyszeć ten głos mało odpowiedzialnej istoty, który dopiero wchodzi w życie. Bo jest szczery, nieskłamany, nie ma oczekiwań i jest wolny od odpowiedzialności. Bardzo to ryzykowne mówić, że człowiek nie powinien być odpowiedzialny, skoro przed chwilą mówiłem, że miłość to odpowiedzialność. Chodzi jednak o to, że dziecko, które tej odpowiedzialności nie posiada, potrafi zrobić coś niekonwencjonalnego. Mnie zatrzyma odpowiedzialność i moje doświadczenie, a ono powiada: zrób to, mimo że myślisz, że nie powinieneś. Spróbuj. Czasem próbuję. Również w miłości.

Czy ten dzieciak popełnił błędy, które męczą dorosłego?

– Jest taka historia. O panu Jochymku i o szklanej kurze znalezionej w popiele. Kiedy byłem małym chłopcem, hej, wziął mnie ojciec i powiada – wywozimy popiół z podwórka. Miałem z 10 lat. Pan Jochymek jak co roku zajechał na podwórko wozem, na który wrzucaliśmy ten popiół. W pewnej chwili pan Jochymek znalazł w tym popiele szklaną kurę, która w naszym domu służyła za cukierniczkę. Mamie się nie podobała i cisnęła ją w popiół, ale pan Jochymek się nią zachwycił. Jakie piękne, czy mogę sobie wziąć, zapytał. Ojciec powiedział: niech pan bierze, a wtedy ja zacząłem tej kury żałować, mimo że kiedy mama ją wyrzuciła, wcale jej nie żałowałem. Jak to? Naszą kurę weźmie Jochymek? I kiedy położył ją na rogu furmanki, ja, wrzucając popiół do wozu, złośliwie uderzyłem w kurę łopatą i ją rozbiłem. Ojciec popatrzył na mnie takim wzrokiem, jakby chciał powiedzieć: synu, cóżeś mi uczynił. Wiedział, że ja to zrobiłem złośliwie. Do dziś nie mogę sobie darować tej rozbitej szklanej kury, którą pan Jochymek pokochał, a ja mu ją rozbiłem. Ale może dlatego, że ją bezinteresownie zbiłem, udało mi się uniknąć późniejszych świństw, ta kura bowiem stała mi przed oczami.

Ten wyrzut sumienia bierze się z katolickiego wychowania?

– Z przyzwoitości. Chociaż byłem wychowany po katolicku i nawet przez kilka lat byłem ministrantem. W latach 50. każdego dnia w Alwerni były trzy msze rano. Ja służyłem do tej o siódmej, a po mszy szliśmy z innymi ministrantami do kuchni klasztornej, gdzie ojcowie bernardyni podejmowali nas śniadaniem. Do dziś pamiętam smak mocno posłodzonej kawy zbożowej z mlekiem i chleba ze smalcem. Razem z nami siadał do stołu listonosz, który zaczynał roznosić listy od klasztoru właśnie po to, by się załapać na te śniadania.

A wieczorem przed snem, klęcząc przy łóżku, modliłem się, mówiąc: „Ojcze nasz”, zdrowaśki, „Aniele Boży, stróżu mój”, a potem zanosiłem prywatne prośby do pana Boga.

fot. mat. Teatru im. Słowackiego

Jakie?

– Żeby mama była zdrowa i tata, i ciocia Zosia, i bracia. A kiedy już wymieniłem wszystkich, którzy mieli być zdrowi, i zupełnie nie wiedziałem, o co jeszcze prywatnie prosić, dodawałem: „Panie Boże, żeby wszystko było dobrze”. Dziś, kiedy zdarza mi się rozmawiać z Opatrznością, to zwykle kończę rozmowę prośbą, żeby wszystko było dobrze.

Jesienin pisał: pomstować nauczyłeś mnie, Boże, nie śpiewać psalmy.

– Być może Jesienin całkowicie utracił wiarę. Ja też bardzo bym chciał wierzyć wiarą dziecka, jakim byłem. Nie chcę powiedzieć, że wiara to wygodnictwo, ale wygoda na pewno. Swoją drogą „wiara, która stale nie jest wystawiana na możliwość niewiary, nie jest wiarą, ale zwykłą wygodą”, że znów wspomnę Heideggera.

Wiara zrzuca z ciebie ciężar odpowiedzialności, skoro wszystko, co się dzieje w życiu, zależy od Boga, a nie ode mnie. Wobec tego, jeśli Bóg mnie doświadcza, to znaczy, że ma rację, tak jak ma rację, kiedy mnie wynagradza.

Do kościoła nie chodzę. Tadeusz Konwicki na pytanie, czy idzie na nieszpory, odpowiedział, że on do kościoła chodzić nie musi, bo jest wierzący. I ja się z nim zgadzam.

Rozmawiałem o tym przed laty z dominikaninem Janem Kłoczowskim. Powiedziałem mu, że choć chciałbym być bardziej albo lepiej wierzący, to są takie grzechy, których nie żałuję. Ksiądz się zmartwił i zmieniliśmy temat. Po paru dniach spotkałem jego dobrą znajomą, która powiedziała: „Andrzej, spotkałam Kłoczowskiego. Nie wiem, o co mu chodziło, ale prosił, żeby ci przekazać, że jeżeli żałujesz, że nie żałujesz, to już jest dobrze”.

Jest pan antyklerykałem?

– Często. Trudno nie być, kiedy się słyszy o pedofilii, ale też nie chcę nim być, bo jako ministrant miałem kontakt z poczciwymi zakonnikami, jak ojciec Bonifacy, ojciec Wacław, ojciec Leoncjusz. Ludzie w Alwerni ich kochali za to, że byli dobrymi, fajnymi ludźmi.

Obiecałam sobie, że nie zadam pytania, dlaczego tamten dzieciak chciał zostać aktorem, ale to chyba jest nieuniknione.

– To dopiero banalna historia. Mój starszy brat, Mikołaj, studiował w Szkole Teatralnej, był zresztą prymusem i piekielnie mu zazdrościłem pięknych koleżanek i fajnych kolegów. Przyjeżdżali do nas, do Alwerni, Henryk Talar, Jurek Trela, Zygmunt Józefczak, Ula Popiel i Marian Dziędziel z Halinką Wyrodek, jego późniejszą żoną, kolorowi, roześmiani, rozdyskutowani. Chciałem być taki jak oni. Nie bez znaczenia było i to, że na egzaminie wstępnym nie było matematyki. Mikołaj dał mi teksty, których musiałem się nauczyć, odpytał mnie i powiedział, że się nadaję. Przed samymi egzaminami pojechałem do niego podszlifować swoje umiejętności.

Nie dostał się pan.

– Nie dostałem, bo o ile po egzaminie praktycznym moje nazwisko było w czołówce, jakoś za Jurkiem Stuhrem, o tyle na teoretycznym poległem. I prawdopodobnie tylko dlatego, że Mikołaj był wzorowym studentem, rektor Eugeniusz Fulde kazał mi napisać podanie o miejsce rektorskie. Napisałem bez przekonania i zatrudniłem się w Gazobudowie przy gazyfikacji w Alwerni. Kopiąc rowy, zarabiałem więcej niż moi rodzice do spółki, a jeszcze wieczorami państwo, którym podłączono gaz, zapraszali nas na kolację z gorzałą. Wspaniałe życie! Gdy pod koniec wakacji Mikołaj przybiegł do mnie do roboty z telegramem z Krakowa, w którym stało, że się dostałem, stosunek do tej wiadomości miałem ambiwalentny.

Do trzeciego roku studentem wybitnym pan nie był.

– Egzaminy szły mi jak krew z nosa, ale trudno, by było inaczej, skoro nie umiałem tekstów i gdyby moi partnerzy, z którymi miałem do odegrania scenkę, nie zmuszali mnie do prób, prawdopodobnie przepadłbym szybciej. Dzięki reputacji Mikołaja byłem otoczony parasolem ochronnym, który asekurował moje hulaszcze życie. Opamiętałem się dopiero po trzecim roku, który musiałem powtórzyć. Było mi okropnie wstyd przed rodzicami, szczególnie gdy mama powiedziała, że mieli nadzieję, że już w przyszłym roku skończę studia i pójdę na swoje. Zrozumiałem, że utrzymywanie mnie w Krakowie było dla nich dużym ciężarem. Na domiar złego wywalili mnie za moje wybryki z akademika i kolejny raz w życiu, ale nie ostatni, Mikołaj musiał mi ratować tyłek. Ale wtedy się ogarnąłem i zabrałem do pracy.

I kiedy został pan aktorem? Nie pytam o dyplom i warsztat, tylko o to coś, co wymyka się definicji.

– Janusz Gajos powiedział mi, że stał się aktorem, kiedy potrafił oddzielić swoje emocje od emocji granej postaci. I to wydaje mi się właściwą cezurą i definicją.

Potrafił pan, kiedy umarł pana tato?

– Było mi trudno, ale moim kolegom jeszcze trudniej. Wystawialiśmy „Polowanie na kaczki”. Jednym z motywów przewijających się w scenariuszu są telegramy. Grałem Ziłowa – birbanta, który nie rozstaje się z alkoholem. Pewnego dnia dostaje telegram, w którym ojciec prosi go, by go odwiedził przed śmiercią. Pijany bohater uznaje, że „stary się tylko wydurnia”, i nigdzie jechać nie zamierza. Tydzień przed premierą spektaklu i ja dostałem telegram. Ojciec umarł, pogrzeb w środę. Wróciłem z pogrzebu kilka dni przed premierą. Jakoś radziłem sobie na próbach generalnych, ale kiedy mówiłem kwestie o telegramie ojca, koledzy spuszczali wzrok. Dzień przed premierą, w piątek, coś we mnie pękło. Złapałem alkoholowy cug, który trwał do sobotniego ranka.

Odwołaliście spektakl?

– Nie. Zagrałem premierę, a kiedy skończyliśmy, byłem już zupełnie trzeźwy. Nie usłyszałem od kolegów złego słowa. Wszyscy próbowali mnie pewnie usprawiedliwiać, ale ja czułem, że to, że umarł mój tato, w żaden sposób mnie nie usprawiedliwia, by pić przed spektaklem. I siedząc w garderobie przed lustrem, powiedziałem do siebie na głos niczym mój własny ojciec: „Andrzej! Zapamiętaj to sobie na całe życie. Nigdy więcej czegoś takiego!”.

Kiedy 25 lat później zmarła moja mama, dzień przed pogrzebem występowałem na stadionie w Czechowicach-Dziedzicach z moim kabaretem jednego aktora. I przez godzinę rozśmieszałem ludzi. Alkohol nie był mi potrzebny, a emocje, które mi wówczas towarzyszyły, pozostały na swoim miejscu, we mnie. O śmierci mojego najstarszego brata dowiedziałem się w przerwie „Tańca z gwiazdami”, gdzie jestem jurorem. Po przerwie wróciłem na plan i udawałem, że nic się nie stało.

Wydaje się trudne.

– Dlatego siedzą we mnie śmierci te i inne. Stachura pisał: „Cały jestem zbudowany z ran”, co może być opowieścią i o moim życiu. Niektóre się zabliźniły, ale są i takie, które nadal krwawią. Ale o tym nie powiem.

To, co pan mówi, z trudem klei się z aktorem o najpopularniejszym w kraju wizerunku lekkoducha. Gdybym była pana koleżanką, zachowałabym się prawdopodobnie tak samo jak reżyserka Izabella Cywińska, która przed 20 laty zadzwoniła do pana i powiedziała: „Andrzej! Rany boskie, w jakim ty gównie grasz! Co ty robisz?”.

– A oglądała pani w ogóle „Świat według Kiepskich”? Bo kiedy Iza do mnie zadzwoniła, nie widziała ani jednego odcinka.

fot. mat. Filmu Polskiego

Czytając pana biografię, odniosłam wrażenie, że pan się wstydził grać Ferdka Kiepskiego.

– A wie pani, że on pierwotnie miał się nazywać Ludwik? To ja wymyśliłem Ferdynanda, co podchwycił Rysiek Kotys, tłumacząc scenarzyście, że będzie się mógł fajnie tym imieniem bawić: „Panie Ferdku, panie pierdku itd.”. Scenarzyście było wszystko jedno i tak złożyliśmy Ferdynanda Kiepskiego. Kiedy otrzymałem odcinki pilotażowe, to rzeczywiście pomyślałem: Jezu jaka głupota. Ale przyjąłem rolę, bo aktorstwo to jest mój zawód, a nie hobby. Jeśli krew mnie zalewała, to bardziej z powodu utożsamiania mnie z Ferdkiem. Obecnie coraz rzadziej zdarza mi się słyszeć za plecami: „Ty, Ferdek! Kurna! Chono na browara!”, ale na początku emisji serialu to był standard. Niejednokrotnie musiałem pod eskortą ochrony uciekać przed publicznością łaknącą spotkania z Ferdkiem. Teraz się z tego śmieję, a nawet włączyłem tę historię do swoich stand-upów, ale kiedyś podchodzi do mnie młody człowiek i mówi: „Panie Andrzeju, czy mogę prosić o autograf”. Byłem zadowolony, że nie mówi: „Ferdek, daj mi autografa”. Napisałem mu coś na podsuniętej kartce, a on mówi, że chce mi bardzo podziękować za to, że spotkał większego debila niż on sam. Nie wszyscy widzowie odbierają ten serial tak, jak byśmy chcieli. Nie dostrzegają, że głupota jest tylko środkiem wyrazu, a nie szczytem możliwości naszego dowcipu. Odsyłam ich do „Pochwały głupoty” Erazma z Rotterdamu.

Mój ojciec się zaśmiewa, ale ja się denerwuję.

– Proszę powiedzieć pani ojcu, że go lubię. Ale pani dlaczego się denerwuje?

Bo gra pan straszliwie prostacką postać, która niekiedy wydaje mi się podobna do moich rodaków. I chyba to lustro tak mnie doprowadza do szału.

– A my nie mówimy, że nas coś wkurwia? Mówimy. A Marta Lempart jest oskarżana o prostactwo, kiedy mówi: „Wypierdalać”. Więc nie sądzę, że Ferdek jest prostakiem. Bo wódkę pije z Paździochem? Pani nie pije? Pewna redaktorka z Wrocławia opowiadała, że prowadziła wywiady z ludźmi stojącymi pod sklepem monopolowym. Jeden z mężczyzn zapytany, czy gdzieś pracuje, odpowiedział jej cytatem z Ferdka Kiepskiego: „Proszę pani, w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem”. I ona zachwycona, że zaraz go przygwoździ, zapytała, a kim pan jest z wykształcenia, na co odpowiedział, że torreadorem.

Ja nie mówię, że to jest genialny sitcom, ale uważam, że jest Polakom potrzebny, skoro oglądają go przez 22 lata.

I to mnie martwi.

– Niepotrzebnie może. Z badań rynku wynika, że widzami są w większości ludzie z wyższym wykształceniem. Być może ludzie z niższej warstwy społecznej nie chcą oglądać patologii, bo wstydzą się tego, co mają na co dzień. Wolą seriale typu „Dynastia” czy „Moda na sukces”, ponieważ chcą bajek o pałacach, bogaczach i ich problemach miłosnych. Po kilku latach nawet Iza Cywińska obejrzała kilka odcinków „Kiepskich” i powiedziała mi, że to jednak fantastyczny serial, lepszy od kina moralnego niepokoju.

Panu się kiedykolwiek zdawało, że wy, aktorzy, jesteście sumieniem narodu?

– Pewnie, że mi się zdawało. Nieraz. I zdawało, podkreślam. W 1983 roku wystawiliśmy „Listopad”, adaptację powieści Henryka Rzewuskiego z XVII wieku, którą reżyserował Mikołaj. To historia dwóch braci, Ludwika Strawińskiego, który wychowywał się i wykształcił w Paryżu, i Michała, bogobojnego szlachciury, który został w Polsce i przejął schedę po ojcu. Czyli te wszystkie zwyczaje szlacheckie, pijaństwo, uwielbienie dla Matki Boskiej w koronie, Kościoła, wiejskiego życia i żuru zjadanego na śniadanie. Ludwik, którego grał Janek Peszek, próbował zaszczepić w bracie inny sposób myślenia o ojczyźnie, o stosunkach między ludźmi, o wierze i przekonywał Michała, którego grałem ja, że trzeba wyjść z tej skorupy i opuścić ciemnogród, jak się później to powiedzenie ukuło. Jednak wtedy i Mikołaj, i Jasiek, i ja trzymaliśmy stronę Michała, prawdziwego Polaka, który pokłada w Bogu wiarę w wolność Polski. Nie my jedni, bo kiedy na scenie odśpiewywaliśmy „Nigdy z królami nie będziem w aliansach, nigdy przed mocą nie ugniemy szyi, bo u Chrystusa my na ordynansach, słudzy Maryi”, to widzowie wstawali i płakali. Miałem poczucie, że jako aktor mam siłę sprawczą, zrobiłem coś dobrego i popycham świat do przodu.

Dziesięć lat później robiliśmy ten sam spektakl dla Teatru Telewizji. I nagle zrozumiałem, że rację ma nie Michał, tylko wykształcony Ludwik. W stanie wojennym Kościół był ostoją wolności, bo tam wystawiało się spektakle i mówiło wiersze, których nie można było publicznie mówić, ale w latach 90. pomyślałem: dlaczego wciąż mamy być wciskani w skorupy tradycji. Kiedy córka Tewjego Mleczarza chciała zmienić świat, on jej podsuwał pod nos „tradyszyn” i „tradyszyn”, która była niczym ich biedna Anatewka, wieś rodzinna. I my też uczepiliśmy się tradycji katolicko-wolnościowej, wiary, że Polska Winkelriedem narodów, Chrystus królem Polski i tak dalej, i tak dalej. Po 10 latach zrozumieliśmy, że może jednak trzeba otworzyć książki i zacząć je czytać, bo może ktoś napisał coś mądrzejszego niż tylko „tradyszyn” i „tradyszyn”. Niedawno wpadł mi przed oczy plakat do „Wyzwolenia” wystawianego lata temu w Teatrze Słowackiego. Wtedy zachwycałem się biało-czerwonym sztandarem, a dziś pomyślałem, że to machanie sztandarami, powoływanie się na orła i ten cały hurrapatriotyzm są niesmaczne.

fot. mat. Filmu Polskiego

W tym samym czasie, kiedy pan krytycznie podchodził do bogoojczyźnianych tradycji, Młodzież Wszechpolska w Białymstoku wparowała na spotkanie z twórcami „Bożej podszewki”, gdzie grał pan jedną z wiodących ról, z napisem „Boża podszewka gwałt na tradycji”.

– Zarzucano nam brak szacunku dla wartości chrześcijańskich, patriotycznych i dla akowców, którzy piją w serialu wódkę. Ja grałem jurnego, sprośnego knura, jak mnie nazywała czasem moja żona, Danka Stenka, co nie podobało się widzom. Bo jak można zdradzać żonę, być wulgarnym, mlaskać, uprawiać wyuzdany seks i chodzić brudnym.

Na jednym ze spotkań z widzami, na które przyszła antypodszewkowa szpica, zapytałem, czy taka historia mogłaby zdarzyć się na Śląsku. Taaak! A w Małopolsce? Taaak. I okazało się, że wszędzie by się mogła zdarzyć, tylko nie na Litwie. Bo Litwa to paradise, co ja rozumiem, bo moja Alwernia też mi była rajem i drzewa w sadzie były o wiele grubsze, niż teraz są. Mówiłem im, że Teresa Lubkiewicz-Urbanowicz napisała historię swojej matki, wszystko to, co zapamiętała, więc do kogo mieć pretensje, że drzewo urosło krzywe? Do kogo mieć pretensje, że bohater, którego grałem, nie chodził po wsi ubrany w białą, lnianą koszulę i rozdawał dzieciom cukierki i ciasta, a żeńce śpiewały, a krowy buczały na melodię „Kiedy ranne wstają zorze”? Dla mnie to było surrealistyczne, że ludzie nie potrafili zrozumieć, że opowiadamy prawdę jakiejś rodziny, wycinek historii.

Zastanawiał się pan wtedy, dlaczego Polak wciąż nie potrafi mierzyć się z przeszłością, która jawi mu się ideałem?

– Gombrowicz mi to wyjaśnił: Polska to naród bez filozofii, bez świadomej historii, intelektualnie miękki, duchowo nieśmiały, naród, który zdobył się tylko na sztukę „poczciwą” i „zacną”, rozlazły naród lirycznych wierszopisów, folkloru, pianistów, aktorów, w którym nawet Żydzi się rozpuszczali i tracili jad.

Nas niczym dzieci Bóg prowadził za rączkę, dlatego brakuje nam dorosłej samodzielności innych kultur. A dorosłość to zdolność do krytycznej oceny. Gombrowicz twierdził, że dlatego jest patriotą, bo nie kocha tej Polski tak, jak inni ją kochają. Ślepą miłością dziecka.

Pan z tej miłości do Polski nagrał piosenkę.

– Śpiewam ją na płycie „Cudne jest nudne”, ale tekst napisał mi Janek Wołek. Chciałem, by napisał mi o mojej miłości i patriotyzmie, ale inaczej niż „Ukochany kraj, umiłowany kraj”. Amerykanie mają mnóstwo takich piosenek. I Janek napisał to, co ja myślę o Polsce. Że jest fajna, że ją kocham i lubię.

Śpiewa pan też: „te patrioty za pięć złotych/ Te wszystkie sakramenckie buce/ Co kłócą się po siódme poty/ Sztandar Ci porwą na onucę/ I wytłumaczą spraw zawiłość/ A każdy z nich na swoje zerka/ A ja Ci mówię, że ich miłość/ To jest zwyczajna alfonserka”.

– Nie rozumie pani, co poeta miał na myśli? Ano miał na myśli tych, którzy, jak na przykład Krystyna Pawłowicz, twierdzą, że sztandar Unii Europejskiej jest szmatą. Nie chcę mówić o polityce, bo się na niej nie znam, tylko o ludzkich odruchach, których nie rozumiem. Bo jak można wykopać setki grobów żołnierzy radzieckich, którzy zginęli pod Barbakanem, i wyrzucić ich gdzieś do wspólnego grobu? Albo co to za pomysły, by burzyć Pałac Kultury? Kiedyś w Krakowie czczony był marszałek Koniew, który ocalił Kraków przed zburzeniem, dzięki czemu miasto nie podzieliło losu Warszawy. I stał w Krakowie pomnik Koniewa do czasu, aż go zburzyli, bo nie tak historia wyglądała. Za chwilę się okaże, kto uratował Kraków. Nie będę mówił kto, ale przecież wszyscy o tym wiedzą.

Protestuje pan przed pisaniem historii na nowo?

– Za komuny nie byłem zwierzęciem politycznym, tym, który by szedł na barykady i walczył. Raz poszedłem na demonstrację w Krakowie, dostałem od kogoś w mordę, wywróciłem się, rozbiłem głowę i wróciłem do domu. Teraz chodzę. Nie zawsze, ale byłem w Krakowie i Warszawie. Nie chcę rzucać się w oczy, bo wiem, jak ludzie agresywnie reagują. Kiedyś pojechałem z Donaldem Tuskiem tuskobusem i nazajutrz przeczytałem o sobie w internecie wpis, który aż mnie odrzucił. Bo ile ktoś musi mieć w sobie jadu i nienawiści, żeby napisać: „Ty stary oblechu, Tusk sobie tobą spocone jaja wyciera”. Nie boję się takich wpisów, mam grubą skórę, ale nie chcę dawać ludziom powodów do wylewania nienawiści.

Sądzi pan, że wyznawcy zasady „dziel i rządź” stracą w końcu mandat do dzielenia?

– Kiedyś w mroźny dzień wyszedłem z kolegą na Śnieżnik. Byłem trochę przestraszony, bo wiatr wiał niemiłosiernie i zawiewał nasze odciśnięte w śniegu ślady, którymi zamierzaliśmy zejść. Mnie się wydawało, że będą wieczne, a tymczasem po kilku minutach już ich nie było. I niech ta metafora posłuży za odpowiedź.

***
Andrzej Grabowski - ur. w 1952 r. W 1974 ukończył Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie i rozpoczął karierę aktorską. Gra w teatrze, filmach, kabaretach. Wydał kilka płyt, ale masową popularność zdobył dzięki roli Ferdynanda w sitcomie „Świat według Kiepskich”. Mieszka pod Warszawą, ma dwie córki. Pasjonuje go gotowanie.

Tytuł oryginalny

Andrzej Grabowski: Po emisji "Świata według Kiepskich" musiałem uciekać pod eskortą ochrony

Źródło:

Gazeta Wyborcza nr 42 online
Link do źródła

Autor:

Dorota Wodecka

Data:

20.02.2021