Jean Vilar napisał kiedyś, że świat (a może - publiczność?) dzieli się na dwie grupy. Pierwsza to zwolennicy Fryderyka Schillera, druga - Henryka Kleista. Był to, naturalnie, żart. Ale zawierał tę cząstkę prawdy, że dość trudno w jednym sercu pogodzić zainteresowanie ,,Księciem Homburgu" czy "Rozbitym dzbanem", oraz "Intrygą i miłością" lub "Zbójcami". Wyznaję, że długi czas nie byłem od takiego poglądu daleki. Gdyby mi ktoś kazał wybierać, może głosowałbym za kimś trzecim; na przykład Słowackim czy Goethem. Ale między twórcą "Księcia Homburgu" i "Markizy O" a Fryderykiem Schillerem - optowałbym zapewne za rozdartym wewnętrznie, przenikliwym i nieszczęśliwym poetą, który miał zginąć nad jeziorem Wannsee. Chyba nie za Schillerem. Otóż pewnego listopadowego wieczora 1959 roku - zmieniłem zdanie. Przejeżdżając przez Hamburg zaszedłem, między jednym a drugim pociągiem, do tamtejszego "Schauspielhausu". Kiero
Tytuł oryginalny
Śmierć królowej
Źródło:
Materiał nadesłany
Życie Literackie nr 48