Musiałem podziękować kilkorgu aktorom, za których rozwój artystyczny nie jestem w stanie brać odpowiedzialności. Cóż, nie mam dla nich ról w dającej się przewidzieć perspektywie nadchodzących sezonów, a trzymanie ich na etacie (na tzw. "gołej pensji"), aby mogli dotrwać kilkanaście-kilkadziesiąt lat do emerytury, wydaje mi się bezsensowne - pisze Jan Klata w felietonie w Tygodniku Powszechnym.
To był czarny piątek. W warzywniaku ugryzł mnie komar, a na trotuarze narobił na mnie gołąb. Świat zmierza ku zagładzie, co zauważyli już starożytni. Nowożytni też. Młodzież roszczeniowieje ponadnormatywnie, przynajmniej ta jej część, z którą miałem do czynienia w piątek. Musiałem podziękować kilkorgu aktorom, za których rozwój artystyczny nie jestem w stanie brać odpowiedzialności. Cóż, nie mam dla nich ról w dającej się przewidzieć perspektywie nadchodzących sezonów, a trzymanie ich na etacie (na tzw. "gołej pensji"), aby mogli dotrwać kilkanaście-kilkadziesiąt lat do emerytury, wydaje mi się bezsensowne. Nic wesołego - można nawet napisać, że odbyły się wybitnie trudne rozmowy. Musiały się odbyć. Co miesiąc pobiera pensje "za gotowość" pięćdziesięcioro siedmioro aktorów. Dużo? Dużo. Zdecydowanie za dużo, aby z tej gotowości skorzystać. Przez okrągłe pół roku przyglądałem się dyrektorskim okiem teatralnym artystyc