powiększwersja do drukupoleć znajomemu

Kryzys męskości?

Monodram wypada uznać za całkiem ciekawy, choć niekoniecznie przekonujący, głos w debacie na temat, który wielu żywo interesuje i bezpośrednio dotyczy - o spektaklu Teatru Młyn "Facet mojej żony" w reż. Natalii Fijewskiej-Zdanowskiej prezentowanym w Teatrze Powszechnym w Warszawie pisze Agata Łuksza z Nowej Siły Krytycznej.

Gdzie się podziali "prawdziwi" mężczyźni? Gdzie się podziały "prawdziwe" kobiety? Tęsknota za niebudzącymi wątpliwości binarnymi modelami kobiecości i męskości oraz klarownym podziałem ról płciowych wciąż pobrzmiewa w dyskursie publicznym w XXI wieku. Nieprzypadkowo mówi się o "kryzysie męskości" - "kryzys" implikuje, że prawdziwa i jedynie słuszna męskość znalazła się w tarapatach, z których wyłania się w jakiejś nowej, niestety gorszej, bo przecież mniej "męskiej" formie. Ów "kryzys męskości" rozpętały kobiety, zawłaszczając sfery wcześniej zarezerwowane wyłącznie dla mężczyzn, wchodząc na rynek pracy, coraz głośniej artykułując swoje potrzeby i - co już zupełnie skandaliczne - wymagając więcej niż wymagały ich prababki w XIX wieku. W tym duchu wypowiadał się dla "Przekroju" w 2010 r. socjolog Tomasz Szlendak ("Samce jak samiczki"), podkreślając, że dziś to kobiety odgrywają przywódcze role i to je się naśladuje. Na kolejnych stronach tygodnika Małgorzata Sadowska i Ola Salwa, analizując współczesne kino, pytały "Gdzie ci faceci?". W latach 50. młodzież wielbiła gwiazdę "Buntownika bez powodu", Jamesa Deana, a dziś ideałem stał się Robert Pattinson odtwarzający wrażliwego wampira Edwarda w sadze "Zmierzch". Więc autorki wzdychają: gdzie amanci, gdzie twardziele?

W "Przemianach intymności", głośnej pracy z początku lat 90. XX wieku, , Anthony Giddens z optymizmem przyglądał się rozpadowi tradycyjnych paradygmatów kobiecości i męskości. Pisał o narodzinach "czystej relacji", w którą partnerzy wchodzą na równych prawach i wspólnie negocjują zasady bycia ze sobą. Dla Giddensa załamanie się dotychczasowego podziału ról płciowych - choć oczywiście problematyczne, przede wszystkim dla mężczyzn - otwierało drogę ku swobodniejszej, intymniejszej i bardziej demokratycznej formule związku międzyludzkiego, w którym każda ze stron ma szansę odnaleźć szczęście i satysfakcję. A zatem zamiast rozpamiętywać (i idealizować) dawne wzorce, Giddens piętnuje ich ograniczenia i wskazuje nowe możliwości, które rozpościerają się przed każdą płcią. Ale tam gdzie jest wolność - w tym wolność tworzenia własnej tożsamości, także płciowej - zawsze pojawia się pragnienie zastosowania prostego schematu, który zdjąłby z nas owo ciężkie brzemię odpowiedzialności . Stąd pytania: gdzie ci faceci, gdzie te kobiety? Jak żyć, gdy wokół mydłki i babochłopy?

Wybierając się na monodram "Facet mojej żony" w reżyserii Natalii Fijewskiej-Zdanowskiej (także autorki tekstu), miałam nadzieję, że zobaczę przedstawienie w duchu giddensowskim. Oto współczesna "czysta relacja", w której monogamia ma charakter fakultatywny, a odgrywane w związku role podlegają plastycznym przekształceniom. Ona i ich dwóch - mąż i kochanek - negocjują wspólne życie, choć nikt nie wie, czy te negocjacje mogą skończyć się korzystnie dla każdego. Być może taki układ w ogóle nie jest ani możliwy, ani pożądany, ani potrzebny. Niewątpliwie jednak rozważenie takiej sytuacji byłoby niczym włożenie kija do mrowiska i to zdecydowanym ruchem ręki. Wyłoniłoby się wówczas nie tyle dość wyświechtane już pytanie o kryzys męskości, ile refleksja nad całym ładem normatywnym z usytuowaną w centrum monogamiczną i heteroseksualną rodziną. Ale Fijewska-Zdanowska podejmuje temat relacji damsko-męskich i zatrzymuje się w pół drogi, ponieważ tęsknie szuka mężczyzny idealnego. I, co oczywiste, nie znajduje go.

O czym zatem opowiada Mąż (w tej roli Sławomir Pacek) w monodramie Fijewskiej-Zdanowskiej? O tym, jak podczas pracy przy kopaniu rowów kanalizacyjnych, zakochał się w przechodzącej codziennie koło budowy dziewczynie, która pewnego dnia zagadnęła go i zaproponowała wspólny spacer, a potem wspólne życie i wspólny kredyt hipoteczny. Wspomina zarówno piękne, jak i smutne chwile swojego małżeństwie, małe i wielkie dramaty codziennego życia. Żona pozostaje dla niego do tej pory nieodgadnioną tajemnicą i wieczną niespodzianką - zaskakuje go jej depresja, zaskakuje Kochanek, który nagle po prostu wprowadza się do ich mieszkania. Żona porzuca wspólną sypialnię i przenosi się do pokoju Kochanka, który zresztą nie wie, że Mąż to mąż, a nie jakiś krewniak. Mąż jest nieporadnym introwertykiem zamkniętym we własnym świecie, dużym dzieckiem, które całe dnie spędza na klejeniu modeli statków. Kochanek to typ wulgarnego macho o zerowej empatii, którego potrzeby zamykają się trójkącie: dziewczyny, piwo i piłka. Nie ma zatem w "Facecie mojej żony" nawet śladu po "czystej relacji", jej blaskach i cieniach; jest za to kompletny rozkład pożycia małżeńskiego i bezdenna przepaść między światem emocji kobiecych i męskich, przepaść, z którą Mąż i Żona nie potrafią sobie poradzić - a nad którą przypominający wielkiego goryla Kochanek raczej nie byłby zdolny nawet się zastanowić.

Paradoksalnie, cichym bohaterem - a raczej bohaterką - monodramy Fijewskiej-Zdanowskiej, jest Żona, a nie Mąż, chociaż to jego monolog stanowi treść sztuki. Trudno rozstrzygnąć, czy pełnokrwistość i wielowymiarowość postaci Żony należy uznać za wadę czy zaletę tego przedstawienia. Skłaniam się raczej ku pochwałom pod adresem Fijewskiej-Zdanowskiej, niełatwo bowiem wyłącznie za pomocą wygłaszanych przez inną postać słów wykreować bohaterkę tak buzującą życiem we wszystkich jego odcieniach. Wyłaniająca się z opowieści Męża kobieta wzbudza mieszane uczucia: oburzenie, sympatię, współczucie, zgorszenie. Jedni dostrzegą w niej jędzę, która pomiatała mniej przebojowym mężem, inni - nieszczęśliwą kobietę, która nie znalazła w małżeństwie ani wsparcia, ani zrozumienia. Jak w życiu. Problem polega na tym, że postacie męskie na tle Żony porażają swoim schematyzmem. Nie udało się Fijewskiej-Zdanowskiej uchwycić mężczyzny próbującego "połapać się w tych kobiecych sprawach", jak głosi opis spektaklu, utrwaliła jedynie krzywdzące i dość zwietrzałe stereotypy mężczyzn. Kusi mnie, by napisać, że w sztuce, która - jak przypuszczam - miała być głosem zagubionego w meandrach współczesnej "czystej relacji" mężczyzny, wynurza się dyskretnie, lecz uporczywie głos kobiety-autorki, doskonale niuansującej sytuację Żony, jednak nie Męża czy Kochanka. Oni zastygają w sztywnych szablonach. Ten brak symetrii pomiędzy postaciami powoduje pęknięcie w monodramie - pomimo świetnej i niepozbawionej subtelności gry Sławomira Packa, niewątpliwie istotne dla sztuki prawdopodobieństwo psychologiczne staje pod znakiem zapytania. A może taka właśnie jest diagnoza współczesności według Fijewskiej-Zdanowskiej: silna, choć zagubiona i poszukująca wsparcia kobieta stoi wobec dość żałosnej alternatywy - albo autystyczny pseudowrażliwiec (bo wrażliwy głównie na siebie, a nie na nią), albo gruboskórny i nieco anachroniczny macho. Po prostu "kryzys męskości".

Sławomir Pacek wlewa w swoją postać tyle uczuć i rozterek, na ile tylko pozwala mu tekst Fijewskiej-Zdanowskiej. Spektakl jest wyciszony i ascetyczny. Na scenie zaledwie zielona parkowa ławka i mężczyzna z amarantowym goździkiem w ręku i zegarkiem w kieszeni, czekający niecierpliwie, aż wybije godzina 12 i będzie mógł odwiedzić leżącą w szpitalu Żonę. Bardzo spokojny i oszczędny styl gry w połączeniu z minimalistyczną scenografią i kameralną salą, wytwarzają niemal intymny nastrój spotkania. I chociaż wiele można ujęciu autorki zarzucić - w końcu gdy mowa o mężczyznach, kobietach i tym, co między nimi, zawsze wybuchają gwałtowne spory - to "Faceta mojej żony" wypada uznać za całkiem ciekawy, choć niekoniecznie przekonujący, głos w debacie na temat, który wielu żywo interesuje i bezpośrednio dotyczy.